Trzy punkty w świetnym wydaniu: FC Barcelona – Celtic Glasgow 2:1

Jeżeli tego wieczoru ktokolwiek zwątpił w Barcelonę, dwukrotnie mógł zbierać szczękę z podłogi, ewentualnie zbierał z niej samego siebie. Czy ktoś spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń? Przecież spotkanie chwilami niemal usypiało. W większości to Barca utrzymywała się przy piłce, próbowała wyprowadzić akcję, kilka razy nawet pięknie obiła ręce Frasera Forstera i poprzeczkę jego bramki. To jednak wciąż nie było to, czego chcieliśmy… aż do ostatnich minut obu części spotkania.

Począwszy od pierwszych minut meczu mogliśmy oglądać standardową grę Blaugrany i jedyne, czego mogło w niej brakować, to szybkie i konkretne akcje. Owszem, pojawiło się kilka ładniejszych ataków na bramkę Szkotów, jednak to okazało się za mało, by zapewnić sobie komfortowy wynik. Goście natomiast zastosowali się do metody „raz, a dobrze”, choć w tej sytuacji możemy się spierać, czy Celtic zdobył bramkę po znakomitym rzucie wolnym, czy to Javier Mascherano zapragnął im pomóc. W efekcie tego, Glasgow wyszło na prowadzenie 0:1 chwilę po pierwszym kwadransie gry.

W takiej sytuacji Barcelona nie miała wyjścia – musiała jak najszybciej się przebudzić i wrócić do swej gry, by pokonać bramkarza przyjezdnych, który, swoją drogą, zagrał fantastyczne spotkanie. Katalończycy próbowali, próbowali, próbowali. Nie raz zrywali widzów z miejsc, kiedy to dosłownie milimetry dzieliły ich od upragnionej bramki. I wreszcie, w ostatniej minucie pierwszej partii, swoją klasę pokazał nie kto inny, jak Andres Iniesta. Po ciekawym zagraniu z Xavim nie dał szans przeciwnikom, czym wynagrodził nam poprzednie, nieudane akcje. Nie ważne, ile ich było. Gole takiej urody, zafundowane kilkadziesiąt sekund przed końcowym gwizdkiem, są bezcenne.

Nie wiele więcej możemy powiedzieć o drugiej połowie spotkania. Barca bardzo rzadko traciła piłkę, a kiedy już do tego dochodziło, odzyskiwała ją jeszcze szybciej. Mimo to, Celtowie zdołali zanotować parę godnych uwagi ataków, na przykład ten Wanyamy po rzucie rożnym w 52. minucie – gdyby szczęście mu dopisało, mielibyśmy powtórkę z pierwszej połowy.  Prawdę mówiąc, to tylko „gdyby”, lecz samej Azulgranie także owego szczęścia nie raz zabrakło. Najbardziej chyba zabolał słupek Davida Villi, który wszedł na boisko w celu ratowania wyniku, skończył natomiast na obitej poprzeczce. Wcześniej próbował także Messi, to atakując z trzech metrów (68’), to z rzutów wolnych, to główką. Niestety, te wszystkie próby kumulowały się w głowach kibiców, którzy powoli zaczęli się godzić z remisem. Jak to dobrze, że historia lubi się powtarzać, oraz jak to dobrze, że Barca to Barca. Czapki z głów dla Don Andresa, jednak bohaterem meczu został nie on, a Jordi Alba oraz jego cudowna bramka z 94. minuty. Cóż, do czterech razy sztuka! Po raz drugi w tym meczu „winy zostały odkupione” na chwilę przed zakończeniem spotkania. Znów zabrakło nam synonimów do „coś nieprawdopodobnego”…

Po takim występie jestem w stanie wybaczyć Barcelonie wszystkie te sytuacje pod bramką Forstera, które nas rozczarowały. Jestem w stanie wybaczyć nawet tę chwilę nieuwagi, przez którą to Celtic wyszedł na prowadzenie. Doświadczeni fani futbolu wiedzą zapewne, że dobry mecz to nie tylko zwycięstwo ulubionej drużyny, to także emocje, nie zawsze przyjemne. Czasem trzeba przecierpieć 44 minuty, by w tej ostatniej móc się cieszyć . Mamy trzy punkty po takim właśnie cierpieniu, prowadzenie w tabeli, setny wygrany w LM mecz. Visca el Barca.

źródło zdjęcia: intereconomia.com

Widzisz pogrubione słowo? Nie wiesz o co chodzi? Przeczytaj tutaj: [LINK]