Twardziel na pokładzie

Twardziel na pokładzie

Z dziesięć tysięcy twardzieli! I dziesięć tysięcy mniej twardych, żeby twardziele wyglądali na jeszcze twardszych! Porządek następujący: twardy, twardy, miękki, twardy, miękki, miękki, twardy, twardy, miękki, miękki, twardy, twardy…

Tym humorystycznym cytatem, pochodzącym z jednej z moich ulubionych animacji, chciałbym zwrócić uwagę na coś co tknęło mnie w meczu z Betisem. Przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że kiedy nasi wirtuozi grając z drużynami nieco lub dużo gorzej radzącymi sobie z piłką, czyli prawdę mówiąc większością drużyn Europy, są niemiłosiernie faulowani. Nie trudno przypomnieć sobie mecze, kiedy mierząc się z Atletico sam Messi faulowany był po 3-4 razy pod rząd przez jednego przeciwnika, nasi gracze byli deptani, szarpani, kopani. Statystyka fauli przedstawiała się 30 do 10. Zastanawiała jedynie statystyka kartek 3-4 w żółtych i pewnie, gdyby nie nerwowa końcówka, nie byłoby ich dla graczy Atleti nawet tyle. Mnie zastanawia dużo bardziej co innego. Czy ktoś ze stale oglądających mecze Barcelony Czytelników, potrafi przypomnieć sobie w jej meczu choć jeden faul brutalny, godzien potępienia, będący wynikiem agresywnego wejścia? Jak sięgam pamięcią, nie potrafię. Do czego dążę – właśnie po meczu z Betisem, przyjrzałem się statystykom fauli drużyn z ostatnich potyczek Barcelony. Barcelona Sevilla 12-17; Almería Barcelona 20-15; Malaga Barcelona 14-12; Valencia Barcelona 20-11; Osasuna Barcelona 13-8; Barcelona Espanyol 7-18 i wreszcie Betis Barcelona 20-15. Czy można zatem uznać za dziwne, że drużyny broniące się, podobnie do Atletico, w granicach 20 metrów od własnej bramki, nie wychodzące dużymi siłami do przodu, jednocześnie wszelkimi metodami powstrzymujące ataki naszych zawodników, popełniają jedynie kilka przewinień więcej na mecz? I tak i nie. Odpowiedź na to pytanie kryje się w pojęciu tak płynnym, że niemal nie definiowalnym – „standardy sędziowskie”.

Z łatwością każdy uważny widz, potrafi wypomnieć sędziom dziesiątki nieodgwizdanych fauli na Neymarze, Messim, Alexisie. I tu przewrotnie chciałbym powiedzieć- veto!. Nie tędy droga – gdyby nią podążyć, dojdziemy do symulek, padania od podmuchu i utraty płynności w grze. W grze Messiego cenię najbardziej nie to, że strzela jak na zawołanie, czy przegląd pola, ale właśnie ową nieustępliwość. W Neymarze podoba mi się zmiana zaordynowana przez Tatę – zmiana, której efektem jest zaciskanie zębów i walka raz po raz. Posunę się nawet dalej. W meczu z Betisem, mimo cierpień Neymara i kilku ewidentnych nieodgwizdanych na nim fauli, bardzo podobały mi się owe nieuchwytne „standardy sędziowskie”, które narzucił Pan J. L. Gonzalez Gonzalez. Spowodowały one, że Neymara strawiła zdrowa, sportowa złość. Drużyna ruszyła jak byk, mimo przygniecenia w pierwszych minutach pressingiem Betisu i brakiem reakcji sędziego. Na tym tle wyraźnie widać było dwie rzeczy. O ile Barca, jako drużyna potrafiła przekuć to poczucie niesprawiedliwości w lepszą grę, to poszczególni nasi zawodnicy, mieli z tym problem do końca meczu. Wiele cierpkich opinii zebrał na przykład Alex Song. Ja widziałem co innego – grał tak jak zawsze, wedle bardzo delikatnych standardów La Liga. Świetnie wyłuskiwał piłkę, zastawiał się i naciskany utrzymywał ją najdłużej jak się dało. W 90% innych ligowych meczów, wystarczyłoby to do wymuszenia faulu, jednak Pan Gonzalez po prostu pozwalał na więcej. Stąd kilka strat w dziwnych okolicznościach. Czy winny jest Alex Song? Po raz kolejny nie. Winna jest Barcelona. Winna jest grzechu pychy.

Kiedy w pierwszym sezonie Guardioli wszystko wychodziło, gra była szybka i płynna, a przeciwnicy nawet nie nadążali faulować, upowszechniło się przekonanie, że o błędach się nie rozmawia, że zawsze damy radę strzelić bramkę – dwie, więcej. I w większości sytuacji tak było, jednak z czasem, gdy pojawiły się trudności, upowszechniło się drugie ekstremum – nadmierne pretensje do sędziego, reklamacje, protesty. Spowodowało to najpierw, że faule na zawodnikach Barcelony, faktycznie traktowano dość lekko, a potem, że nawet słuszne protesty przechodziły bez echa. Nałożyła się na to miękka gra samej Barcy. Wielokrotnie byliśmy świadkami, kiedy przeciwnik bezpardonowo przerywał groźne ataki Barcy ostrym faulem, nawet kosztem żółtej kartki, gdy zaś kroił się kontratak przeciwnika, wszyscy gracze Barcy unikali jak ognia bardziej zdecydowanego przerwania akcji. Sytuacja ta jest generalnie pokłosiem ery Guardioli. Dziedzictwem ciekawym – eksperymentem sprawdzającym się w przypadku wybitnej formy naszej Blaugrany, jednak na dłuższą metę, szkodliwym.

By udowodnić swoje wnioski, sięgnę do historii zwycięskich składów Barcy. 1992 rok – Dream Team Johana Cruijffa. Bezwzględnie drużyna, która stylem gry podłożyła podwaliny pod wiele przyszłych osiągnięć. Drużyna, która wyklarowała styl, który w szkółce i myśli trenerskiej trwał, kiełkował i w końcu dał nam tak wiele tytułów. Co cechowało tamtą drużynę? Piękny styl, świetny skład, ale też jedna charakterystyczna rzecz. Składała się w równych proporcjach z piękna i techniki, co z serca i walki. Stoiczkow, Romario, Guardiola – ten sam, który jako trener, był wzorem gentlemana. Wszyscy wnosili do gry zadziorność, waleczność, bezpardonowość. Czasem brak chłodnej głowy, sprawiał że przekraczali granice, ale nigdy nie odstawiali nogi. Barcelona Rivaldo, Kluiverta i Figo, miała swoich Puyola i Enrique. Drużyna Ronaldinho, Deco i Eto’o, to Thiago Motta, Puyol, Oleguer, którzy jakkolwiek mniej utalentowani, od magów z którymi wybiegali na boisko w jednych trykotach, zawsze ubezpieczali im plecy. Nie bali się wstawić głowy tam, gdzie inni bali się wstawić nogę. No i w końcu czasy Guardioli trenera – gdy cieszyliśmy się kolejnymi popisami „karzełków”, za nimi mocno na ziemi stali Touré i Keita, którzy defensywny wkład i twardość łączyli z przebojowością.

Całkiem niedawno na łamach tego Bloga, mój redakcyjny kolega, opisywał zalety Busquetsa. Podzielam wiele jego wniosków, jednak trudno nie zauważyć, że brak mu twardości cechującej wyżej wymienionych. Umiejętności sprawienia, by rywal przystępując do pojedynku z nim, czuł się przytłoczony samą fizyczną obecnością, by spodziewał się kuksańców, szturchnięć i ciosów. By mierząc Busiego wzrokiem, sam zdawał się sobie, być na przegranej pozycji.

To nieuchwytne coś, ten czynnik wymuszonej pokory u przeciwników, jako drużyna traciliśmy od czasów ekipy, która wygrała pierwszy Puchar Europy. Czasem szybciej, czasem wolniej, jednak czasy „bad boys” w Barcelonie przeminęły. Świadczył choćby o tym casus Zlatana. Warto by napomknąć, że po ostatniej serii kontuzji i powrocie po nich, nasze serce, nasz kapitan i najwaleczniejszy z walecznych nie prezentuje się już tak dobrze sportowo. Obawiam się, że z jego powolnym schodzeniem ze sceny, cecha ta całkiem zaniknie w naszej drużynie. Czy przeszkodzi nam to w wygrywaniu? Pewnie nie całkiem, ale znacząco je utrudni. Doprowadzi do sytuacji, w której sędzia, nawet wprowadzając swoje „standardy”, będzie relatywizował je w zależności od drużyny, tak jak w meczach tego sezonu. Czy w meczu z Betisem, w starciach z Neymarem, prawy obrońca gospodarzy nie grał agresywniej niż ktokolwiek z naszych piłkarzy? Czemu więc, to Cesc na dwie próby odbioru, został ukarany dwoma przewinieniami? Winna właśnie jest owa relatywizacja, ulegnięcie wrażeniu, jakie towarzyszy poprzednim meczom danej drużyny. Barcelona gra tak świętoszkowato, że często sędziowie odgwizdują absurdalne faule w kontekście tego, co wyrabia przeciwnik. Tym niemniej sami, jako drużyna ich do tego przyzwyczailiśmy.

Czy zatem jesteśmy skazani na taki stan rzeczy? Nie, jeśli Tata Martino, ową przypadłość zauważy, zdiagnozuje i zastosuje leczenie. Leczenie polegające na utwardzeniu gry w pewnych sektorach boiska i na pewnych pozycjach. Częściej będzie eksperymentował z ustawieniem, z dwoma defensywnymi pomocnikami, choćby Busquets miał grać na pozycji Xaviego i w końcu, co jest już widoczne, sami zawodnicy będą mniej ekspresywni w pretensjach do sędziego. W innym wypadku, zostaje nam strzelić tą bramkę – dwie więcej.