Visca el Barca, Hala Madrid. Poważnie.

Za nami wielkie piłkarskie święto! Choć nie było o to łatwo, Barca zrewanżowała się za jesienną porażkę na Santiago Bernabeu w tle wyjątkowego Klasyku, prawdziwej “uczty” dla każdego sympatyka futbolu, a szczególnie takiego z sercem blaugrana.

Od czego zacząć? Cóż, gdy tylko wchodzimy na stadion, otwieramy szeroko oczy i rozglądamy się dookoła. I tak też zróbmy teraz: mozaika, przy której piłkarze wyszli na murawę, nie mówiąc o prawie stu tysiącach śpiewających gardeł, zapierała dech w piersiach i niosła prosty przekaz: dwunastym zawodnikiem Blaugrany jest publiczność. Nie mogę temu zaprzeczyć, a jedynie potwornie, szalenie zazdrościć tym wszystkim, którzy mieli to szczęście i tej niedzieli odwiedzli Camp Nou.

Idąc dalej: tak wyrównanego El Clasico nie widziałam już dawno i nie świadczą o tym jedynie statystyki. Ten, kto miał przyjemność oglądać to spotkanie widział pewien kontrast między pierwszą a drugą połową, uśredniając to, co wtedy działo się na boisku: o ile w pierwszej połowie nie widać było Barcy, od której oczekiwaliśmy o wiele pewniejszej i skuteczniejszej gry, Królewscy czuli się świetnie i swobodnie. Na nasze szczęście nie przełożyło się to na wynik zbyt dobitnie, ponieważ sprawiedliwe prowadzenie Blaugrany (po główce Jeremiego Mathieu) zniwelował równie sprawiedliwy gol Cristiano Ronaldo, lecz był to pierwszy i ostatni owocny strzał Realu w tym Klasyku. Remis jednak nie odzierciedlał tego, iż z Barceloną nie działo się nic dobrego, począwszy od linii obrony, a kończąc na Leo Messim czy Neymarze. Tragedia to naturalnie przesadne określenie, myślę jednak, iż czekaliśmy na “trochę więcej” ze strony Dumy Katalonii.

Co z kolei stało się po przerwie, po powrocie obu drużyn na murawę? Z początku miałam wrażenie, że niewiele się zmieniło, a to nie mogło wróżyć niczego dobrego. Dość szybko jednak okazało się, iż sytuacja obraca się o 180 stopni. Barca być może nie zaczęła bezwzględnie dominować, ale to ona przejęła inicjatywę w straszeniu w polu karnym rywali, a to z kolei poskutkowało już dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej partii meczu. Wówczas w przepiękny sposób Ikera Casillasa pokonał bezpośrednio Luis Suarez, podbijając prawie sto tysięcy serc na stadionie i prawdopodobnie kilkaset milionów kibiców przed telewizorami. Być może trochę się rozmarzyłam, ale polecam obejrzeć tego gola jeszcze raz – bez najmniejszych wątpliwości warty uwagi, jeśli nie więcej.

Ten gol najpewniej zgasił w Los Blancos iskierkę, która sprawiała Barcy mnóstwo problemów przez pierwsze czterdzieści pięć minut starcia. To gospodarze stali się groźni, choć koniec końców nie zmienili już rezultatu tegóż Klasyku. Swoją drogą właśnie dlatego możemy odczuwać pewien niedosyt jako Cules, ale o tym za chwilę. Później Real zwolnił tempo, od czasu do czasu wyprowadzając korzystną dla siebie akcję, ale im później, tym mniej efektowną i niebezpieczną dla Claudio Bravo. Jemu, swoją drogą, także należą się wielkie słowa uznania za interwencje, które, na dobrą sprawę, nie miały prawa skończyć się inaczej, niż golem, bardziej w pierwszej, choć czasem i w drugiej części meczu. Jednym zdaniem mogłabym ująć to tak: zwykł nas nie zawodzić i podobnie stało się tym razem. Krótko wspomnę również o jego rywalu z naprzeciwka. Iker Casillas, pomimo, że wraca do domu jako przegrany, mówiąc zwięźle, wcale nie ułatwiał życia podopiecznym Luisa Enrique.

Myślę też, iż wielu z Was zwróciło uwagę na godne pochwały sędziowanie. To El Clasico nie należało do najspokojniejszych, na szczęście jednak krew się nie polała. Zobaczyliśmy jednak zdecydowanie za dużo żółtych kartek. Tacy zawodnicy, jak Pepe, otarli się o bilet na ławkę rezerwowych, a to jeszcze bardziej obciążyłoby i tak powoli rezygnującą drużynę Carlo Ancelottiego. Po stronie gospodarzy jednak także nie znajdziemy gromadki aniołków. W zupełnie niepotrzebne dyskusje z arbitrem wdał się Dani Alves, kiedy indziej przyaktorzył Javier Mascherano, chociaż, ogółem rzecz biorąc, rozegrał naprawdę dobre spotkanie. Sędzia trafnie dostrzegł też symulkę po stronie gości, w wykonaniu Ronaldo. Z pełnym szacunkiem do tego zawodnika, to było bardzo głupie, co potwierdzi fakt, iż jeden z żółtych kartoników został pokazany właśnie jemu, właśnie za tę sytuację.

Z drugiej strony, to niezbyt dziwne, iż piłkarze po obu stronach podejmowali ryzyka. W takim spotkaniu, jak wiemy, konieczne jest granie na sto procent, a w tym stawianie wszystkiego na jedną kartę i godzenie się z faktem, iż może się nie udać – a wtedy konsekwencje, prawdopodobnie, będą tragedią. Ale za to kochamy El Clasico, czyż nie?

Ryzykował przecież Pepe, choć czasem przekombinował, ryzykował Gerard Pique, nawet we własnym polu karnym, gdzie wślizgi, jeśli już je oglądamy, po prostu muszą być perfekcyjne. Szansa na gola jest wówczas ogromna, tak właściwie, nie wiele mniejsza, niż przy rzucie karnym. Bywa, że trzeba ryzykować, bo do odważnych świat należy.

Patrząc na to spotkanie już po gwizdku sędziego trzeba przyznać, że wygrana 2:1 to skromna wygrana. Żadna ekipa nie rozgromiła drugiej, tak więc zaważyły minimalne różnice w grze Barcelony i Madrytu. Bardziej jednak cieszę się, że nie zabrakło obrazków, na których zobaczyliśmy szacunek pomiędzy największymi rywalami w historii La Ligi, nie było także większych niesprawiedliwości. Co to za zwycięstwo, które jest efektem niedopatrzeń arbitrów? Mówi się, że świat nie jest fair, a to nieprawda – to ludzie bywają nie fair. Sport natomiast zawsze jest sprawiedliwy. Przekonałam się o tym dziś i wiele innych razy, czy to oglądając Barcę, czy reprezentację Polski w siatkówce, czy skoki narciarskie, czy cokolwiek innego. To istotny szczegół: ludzie bywają nie fair, a nie sport.

Jak podsumować to wyjątkowe, czarujące spotkanie? Trzymało w napięciu. Cały czas. Emocjonujące, dosyć wyrównane, obfitowało w serię wyszukanych, nietuzinkowych akcji zarówno trio BBC, jak i Tridente, choć nie zapominajmy, że nie mniej walczyli też pozostali gracze Los Blancos i Azulgrany, o czym świadczy, na przykład, pierwszy gol Barcelony. Nikt nie rzucał się na siebie z oburzeniem. Sędzia nie uległ presji wtedy, kiedy powinien stanąć na wysokości zadania. Barca po niełatwej przeprawie triumfuje, a jednocześnie powiększa przewagę nad Realem w tabeli pomimo że, tak, jak wspomniałam, trochę szkoda, iż nie padło więcej goli, zarówno dla jednej, jak i drugiej drużyny. Co więcej mogę powiedzieć? Obejrzeliśmy walkę dwóch wielkich drużyn, ale to chyba wszyscy wiemy. Visca El Barca, a po drugiej stronie Hala Madrid. I niech tych okrzyków nikt wzajemnie nie zagłusza.

 

FC Barcelona:

Bravo – Alba, Mathieu, Pique, Alves – Iniesta (80′ Xavi), Mascherano, Rakitic(76′ Busquets) – Neymar (85′ Rafinha), Suarez, Messi

 

Real Madryt:

Casillas – Carvajal, Pepe (73′ Varane), Ramos, Marcelo – Modric (88′ Silva), Kroos, Isco (80′ Jese)– Bale, Benzema, Ronaldo