W cieniu sław: Co nam po tej filozofii? Wszystko!

Od jakiegoś już czasu w polskich, niemieckich i przede wszystkim w hiszpańskich gazetach wrze o rzekomym zainteresowaniu osobą Łukasza Piszczka ze strony Realu Madryt. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu Florentino Perez nigdy nie hodował węża w kieszeni i co sezon sprowadzał coraz to nowszych/droższych “kopaczy” do stolicy Hiszpanii.

I tutaj pojawiamy się my – barcelonismo. Możemy sobie gadać co chcemy, ale powiedzmy szczerze, podobają nam się ruchy na rynku transferowym, zwłaszcza te w stronę Katalonii. Zadajemy sobie więc pytanie – “Dlaczego Królewscy mogą pozwolić sobie na wydawanie milionów co roku, a my nie?” Może tu chodzi o pieniądze? Absurd! To, że trzynastolatkowie na realmadrid.pl podniecają się, że Real ma “sałatę”, a Barca nie, to nie znaczy, że w rzeczywistości tak jest.

Dla wiadomości wszystkich – Real jest zadłużony. Ba! Zadłużony bardziej niż sama Barcelona (tak, madryccy kibice. Pieniądze ze sprzedaży koszulek wcale nie zwracają pieniędzy za CR, czy Kakę). Na czym to więc polega? W czym tkwi różnica?

Przeanalizujmy transfery jakich dokonał Pep podczas swojej pracy na Camp Nou. Na samym początku ściągnął z powrotem Pique, do którego dołączyli Dani Alves, Hleb, Henrique, Keita i Caceres. Jak sobie poradzili ci piłkarze? Gerard i Dani wspaniale, ale reszta zawiodła. Hleb i Caceres nie przebili się do składu, a Henrique nawet w nim nie zadebiutował. Rok później było jeszcze gorzej. Czygry, Zlatan, Keirrison i Maxwell dali ciała (można bronić Brazylijczyka, ale też czegoś mu zabrakło, żeby pozostać w Barcelonie na dłużej).

W każdym bądź razie czegoś Pep poszukiwał. Jakiegoś specyficznego typu zawodnika, który na Camp Nou nie “zakończyłby” przedwcześnie kariery. Zawodnika, który może nie byłby wirtuozem, ale potrafiłby zrozumieć się z Xavim, Iniestą czy Messiem.

Po trójboju, czyli dwumeczu z Chelsea z przystaniem na Gran Derbi, mój redakcyjny kolega Szymon Ludowski napisał felieton o naszej filozofii. O sposobie gry, który odebrał nam w tym sezonie ligę i Ligę Mistrzów. Szymon zadał pytanie – “Co nam po tej filozofii?“.

Trzeba przyznać, że jest ono dość specyficzne. Hmm… niby Barcelona grała pięknie, a przegrała starcia o finał z Londyńczykami i w Primera Division z Realem. Włażenie na siłę z piłką do bramki nie miał tutaj większego sensu, bo biały i niebieski autobus stanął w bramce i zaciągnął bardzo mocno ręczny. Trzy mecze i trzy bolesne ciosy. Dlaczego nie oddaliśmy strzału z dystansu? Dlaczego spokojnie wymienialiśmy piłkę kiedy wynik był dla nas niekorzystny?

A no dlatego, że Blaugrana nie zmienia swojej filozofii nigdy. Pamiętam co Sandro Rosell robił zarządowi Laporty i to wtedy, kiedy drużyna rozgrywała najważniejsze mecze w historii. Dlatego też nie chciałem, żeby to on sterował wicemistrzami Hiszpanii. Jednak jednego odebrać mu nie mogę, ani ja, ani Laporta, ani nawet król Carlos. Sandro wie, kto do składu Barcy pasuje, a kto nie i za to należą się naszemu prezydentowi brawa.

Joan Laporta pokazał, że i my potrafimy wydać niesamowite pieniądze na transfery, ale co z tego skoro np. wielkolud ze Szwecji okazał się wielkim niewypałem. Za kadencji Sandro przybyli Villa, Mascherano, Adriano, Alexis i Cesc. I co? I każdy gra genialnie. Za pieniądze jakie wydaliśmy na Sancheza, mogliśmy kupić kogoś o dużo “większym” nazwisku, ale to wspaniałe nazwisko na papierze nie posiadałoby tak nienawidzonego przez wielu, DNA Barcy.

Raptem dwa dni temu Jose Mourinho powiedział, że w piłce chodzi tylko o gole. Okej, może jestem dziwny, ale ja za co innego pokochałem futbol. Pokochałem ten sport za zwroty akcji. Za piękne akcje i kombinacje między piłkarzami. Za radość zwycięzców i smutek przegranych. Na pewno nie za gole, bo gdyby o to chodziło to do licha wolałbym oglądać partię szachów niż mecz piłki nożnej. Nudy byłyby te same, ale przynajmniej nie patrzyłbym na metroseksualnych facetów biegających po zielonej trawie.

Futbol to nie tylko gole. Piłka nożna to poezja, która przemawia do mnie i do wielu innych. To sport, który powoduje, że cały świat wstrzymuje oddech.

Nie za trofea kochamy Barcelonę, a właśnie za tą katalońską tiki takę. Za cudowne rajdy podania, sztuczki, kibiców, asysty, parady… i w końcu (podkreślam, na samym końcu) gole. Także cieszmy się tymi zawodnikami, których mamy, bo trafiają oni tutaj nie przypadkiem, a po ostrej jak brzytwa selekcji. Później badania lekarskie. Kondycja, siła mięśni i przede wszystkim badanie krwi.

- Panie doktorze wszystko gra?

- Niestety nie. Ma pan grupę krwi “A”.

- ?

- A powinna być “Barca”. Niestety nie nadaje się pan. Dziękujemy i do wiedzenia.

Filozofia ta powoduje, że nasz klub jest absolutnie wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Co nam więc po niej? Wszystko. Absolutnie wszystko.