W cieniu sław: Guaje, tęsknimy

Pudłował. Pudłował niemiłosiernie. Są jednak piłkarze, którym wybacza się mimowolnie. Zawodnicy, którzy przegrywają w pojedynkę spotkania, a mimo wszystko kibice wznoszą ich pod niebiosa. Barcelona nie strzela już tylu bramek co kilka lat temu. Wystarczy powiedzieć, że tylko jeden zawodnik pierwszej linii, ma ponad dziesięć bramek. Zaskoczeniem nie będzie dla nikogo, że tym osobnikiem jest Leo Messi. Dlaczego więc mało kto przejął się kontuzją Davida Villi?

Jasne, wszyscy mu współczuli, ale mało który kibic nie potrafił zasypiać po nocach myśląc jaki wpływ może wywrzeć uraz Hiszpana  na cały zespół. Ewidentnie Pep Guardiola, odsuwał nieco Guaje od pierwszej jedenastki. Przyszedł w końcu gwiazdor włoskiej Serie A, Alexis Sanchez.  Z całym szacunkiem dla Chilijczyka, ale do najlepszego strzelca w historii reprezentacji Mistrzów Świata nadal brakuje mu lat świetlnych. Cules mówili, że nie ma co się załamywać utratą Davida, bo przecież on już nie strzela tylu goli co w latach ubiegłych. Niestety wszyscy się mylili. Maravilla do dziś pozostaje drugim z najskuteczniejszych napastników Barcelony. Wychwalany pod niebiosa Alexis strzelił osim bramek, czyli o jedno trafienie mniej od “7″ Blaugrany. Nad Pedro naprawdę nie trzeba się już pastwić. Skrzydłowy w lecie przez przypadek razem z pustymi puszkami po piwie, wyrzucił formę. A szkoda, bo mimo, że wśród wszystkich wychowanków Dumy Katalonii uchodził za najsłabszego, to zachowania zimnej krwi pod bramką rywala odebrać mu nie było można. Teraz Rodriguez leczy uraz, a po powrocie zajmie pewne miejsce… na ławce rezerwowych.

Nic dziwnego, że mamy kryzys. Wystarczy, że Messi złapie lekką zadyszkę, a Barcelona już zaczyna się gubić i tracić w idiotyczny sposób punkty. Mając jedną armatę i dwa rewolwery w postaci Fabregasa i Sancheza nie ma co liczyć na regularne trumfy w lidze. Ludzie związani z Blaugraną zadają sobie pytanie jak to możliwe, że w pucharowych wyjazdach, czy to w Copa del Rey, czy Lidze Mistrzów, klub ze stolicy Katalonii potrafi zwyciężać, a na arenie ligowej ma tak ogromne problemy ze zdobyciem trzech punktów? Odpowiedź jest banalnie prosta. W dwumeczach każda ekipa chce ustrzelić cokolwiek na swoim terenie biorąc pod uwagę, że na Camp Nou może spotkać ich konkretnie lanie. W takim wypadku, na boisku robi się więcej miejsca i łatwiej przedrzeć się w pole karne rywali. Rzeczywistość ligowa jest niestety dużo brutalniejsza. Nie każdą ekipę interesują trzy punkty. Są przecież drużyny, dla których punkt może być zbawieniem w ostatecznym rozrachunku. A geniuszowi trudno jest przecież zrozumieć człowieka prostego. Dumie Katalonii ciężko jest rozgryźć przeciwnika, którego praktycznie jedyną taktyką przed meczem jest nie pozwolić na strzelenie gola Barcelonie.

I tutaj pojawiał się David Villa, który przecież ma większe doświadczenie w takich bojach niż Messi, Xavi, czy Iniesta. Hiszpana tułał się przez wiele sezonów po ekipach środka tabeli jak choćby Saragossie. El Guaje potrafił jednym uderzeniem wlać wiarę w serca swoich kolegów jak i kibiców. Przykład? A chociażby spotkania ze Sportingiem Gijon z poprzedniego sezonu. Na Camp Nou Barcelona wygrała skromnie 1-0, a autorem zwycięskiego gola był oczywiście Villa. Mistrzowie Hiszpanii mieli dokładnie pół sytuacji w tym meczu, a mimo to król strzelców Euro 2008 i ostatniego Mundialu, dał nam trzy punkty. W drugiej części sezonu było równie ciężko, a jedno oczko, które zostało wywiezione z Gijon zostało zdobyte po fantastycznym lobie Hiszpana.

Jose Mourinho powiedział, że jest w lidze hiszpańskiej zawodnik pokroju Benzemy, na którego wydano grube miliony, a mimo wszystko strzela gole jak na lekarstwo. Na ciętą ripostę rodem z Vabanku Juliusza Machulskiego, nie trzeba było długo czekać. Portugalczyk całkowicie zrezygnował z krycia Villi, którego uważał za najmniejsze zagrożenie, a tu taka niespodzianka. David wysłał do piłkarskiego piekła nie tylko Mou, nie tylko kibiców Realu Madryt, ale i cules, którzy w niego wątpili.

Aj, za dużo finezji w tym naszym ataku, a za mało prostej i efektywnej gry. Często można dojść do wniosku, że Pep Team chce wejść z piłką do bramki. A może serum na całe to zamieszani jest potężne kropnięcie zza pola karnego, które urwie rękę bramkarzowi rywali? Może rozwiązaniem jest prosty zwód, a nie efektowna kiwka? Może receptą na całą bolączkę Barcelony jest “chłopskie” zagranie, a nie Copperfieldowe czary?
Dla mnie Villa to absolutny geniusz. Fenomen, którego zastąpić niezwykle trudno. Sezon teraz daje nam się we znaki. Brakuje nam genialnego prostaka, który nie minie siedmiu piłkarzy rywala, kończąc swój rajd bramką. Brakuje nam Maravilli. Ale ja wierzę, że Hiszpan, w którego już wielu zwątpiło wybiegnie jeszcze w tym sezonie na boisko i uciszy niedowiarków. Na razie pozostaje nam tęsknota, jednak już niebawem Camp Nou znów będzie głośno krzyczeć nazwisko snajpera. Snajpera, który spojrzy w kierunku ludzi mu nieprzychylny i złapie się za ucho.

Ucho od śledzia panowie. Ucho od śledzia.

 

[źródło: własne]