W cieniu sław: Nie bądźmy Madrytem!

Real Madryt wygra ligę. To jest już pewne i niepodważalne. Wracam wspomnieniami do ostatnich trzech sezonów, gdzie dziwiłem się Królewskim, że nie umieją zwyczajnie uznać wyższości rywala. Barcelona deklasowała wszystkich i wszędzie, a mimo to kibice Blancos nie umieli powiedzieć zwyczajnie i po prostu: “Blaugrana była lepsza”.

W obecnym sezonie sytuacja odwróciła się jednak o 180 stopni. Dziś to Cules lamentują, szukają spisku. Spisku, którego najzwyczajniej w świecie nie ma. Prawdą jest, że jesteśmy w tym sezonie krzywdzeni przez arbitrów, prawdą jest też, że Realowi sędziowie sprzyjają. Wystarczy spojrzeć na liczbę rzutów karnych, które zostały podyktowane na korzyść stołecznego klubu. Dziesięć “jedenastek” to dużo, to bardzo dużo. Jednak to nie oszustwo i nie pech odbierze Dumie Katalonii tytuł Mistrza Hiszpanii. Zrobi to sama drużyna z Camp Nou. Nam też (rzadziej, bo rzadziej, ale jednak) sędziowie pomagali. Choćby z Sevillą kiedy to w ostatniej minucie podyktowali dla Barcelony wątpliwego karnego. Messi jednak trafił w Varasa, a mecz zakończył się remisem.

W meczu z Realem Sociedadem to nie arbiter podarował gospodarzom bramkę na 2-2. Zrobił to David Villa. W meczu na Estadio Mestalla rzeczywiście można było dopatrzeć się przewinień Adila Ramiego na Messim i to już w obrębie pola karnego, ale czy zasłużyliśmy tego dnia na tryumf? Absolutnie nie. Ba, powinniśmy ten mecz przegrać z kretesem, gdyby tylko Roberto Soldado miał swój dzień. Nie ma żadnej zmowy sędziów. Artykuł napisany przez dziennikarza Mundo Deportivo, Luisa Racionero, o tym w jaki okrutny sposób nasza ukochana drużyna jest okradana, że mimo cudownej gry dystans do prowadzącego w tabeli Realu nadal wynosi aż dziesięć punktów, jest śmieszny. Śmieszny, a może nawet żałosny. Przegięciem na pewno było rzucenie oszczerstwa w kierunku Florentino Pereza, jakoby ten przekupywał liniowych.

Wstyd. Przecież nie na tym polega barcelonismo. Nie na tym opiera się motto “Mes que un club”.  Nie z tego słynie Barcelona.

Nie oszukujmy się, Tom Ovrebo bezapelacyjnie pomógł nam awansować do finału w Rzymie. Każdy może powiedzieć, że w pierwszym spotkaniu na Camp Nou ograbiona została Barcelona. Na Stamford Bridge górą powinna być jednak Chelsea. Ta porażka musiała  Londyńczyków boleć niezmiernie mocno. Gol w doliczonym czasie gry po tym, jak nie podyktowano przynajmniej jednego prawidłowego karnego na korzyść czterokrotnego Mistrza Anglii, musiał być jak przysłowiowy kubeł zimnej wody. The Blues mogli tamten mecz wygrać, może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Gdyby wszyscy piłkarze Chelsea poszli po meczu do szatni Barcelony, tak jak zrobił to John Terry i pogratulowali dobrego spotkania zawodnikom z Hiszpanii, zapisaliby się w historii jako klub z silnym członem moralnym. Zapisaliby się na kartach futbolu jako faceci z jajami, którzy nie boją się podejść do rywala i wyciągnąć do niego dumnie ręki w ramach gratulacji. To było by coś wspaniałego i wielkiego.

Co mieliśmy w zamian? Ballacka, który nie grając zupełnie nic, biegał i szarpał sędziego domagając się setek rzutów karnych. Drogbę, który zachował się jak wściekły uciekinier z wariatkowa krzyczący: “It’s fuc**** disgrace!”. No Didier, this is football.

Nikt nie trawi przecież hipokrytów, to czemu tak wielu idzie za Jose Mourinho? Portugalczyk zarzuca Pepowi, że dwa Puchary Europy jakie zdobył, są mu podarowane przez sędziów. O ironio, to trener Realu wygrał to trofeum w sposób niesprawiedliwy. O ironio do kwadratu, zrobił to DWA RAZY! Wielu pamięta w jakich okolicznościach Porto pokonało Manchester United. Wszyscy mają przed oczami jeszcze niesłusznie anulowaną bramkę Bojana Krkicia, która być może dodałaby mu skrzydeł i dziś obiecujący Hiszpan zastępowałby kontuzjowanego Villę. Kto wie?

Narzekaliśmy na wiecznie płaczącego Mou, a teraz robimy to samo. Ogarnijmy się! Nie bądźmy Madrytem. Real jest na czele tabeli, bo jest zwyczajnie lepszy. I co z tego, że zdarza się nam grać efektownie, jeżeli gramy nieskutecznie? Futbol pamięta tylko zwycięzców. Wicemistrz jest nikim. Kto za 20 lat będzie pamiętać w jaki sposób Blaugrana wyeliminowała Chelsea? Kto będzie pamiętał karne z kapelusza dyktowane dla Los Blancos? Nikt.

Futbol to sztuka przegrywania. Jakże beznadziejnie byłoby, gdyby Barca wygrywała co sezon wszystko co się tylko błyszczy. A co jeśli przyjdzie nam robić pasillo Królewskim na Camp Nou? Wtedy wstaniemy. Wstaniemy wszyscy bez wyjątku, głośno oklaskując nowego mistrza. A w głowie będziemy mieć jedną myśl…

… wszystko się kończy Madrycie. Wszystko się kończy.