W cieniu sław: Od głównego wara!

Casillas_arbitro_Mateu_Lahoz

O tym, że Real Madryt z Mourinho i El Jarkiem na czele przegrywać nie potrafi, wiemy już od dawna. O tym, że Szanowny Pan Jarosław lubi naginać fakty, kłamać, rysować linię spalonego według własnego mniemania, też wiedzieliśmy nie od dziś. Ale żeby żałosną postawę i jeden – tak JEDEN(! x 937464626) – oddany celny strzał w meczu z “Czerwoną Latarnią” ligi, usprawiedliwiać złymi decyzjami arbitra? To jest śmieszne, żeby nie powiedzieć żałosne i poniżające dla tak znanej marki jak rm.pl.

Prawda jest natomiast taka, że to wcale nie arbiter główny jest tym najważniejszym czynnikiem decydującym o losach spotkania. Oczywiście, może wpłynąć na jego przebieg, ale są inne osoby, które mogą narobić dużo większego “dymu”.

Mowa tu o dwóch panach latających przez 90 minut jak kot z pęcherzem, z chorągiewkami w ręku. Ci dwaj mężczyźni decydują o bramkach, kartkach, karnych, wolnych. Dosłownie o wszystkim. Arbiter główny w zasadzie wykonuje tylko ich polecenia. Jego rola jest znikoma. Abstrahuję już od sytuacji, które wymienił El Jarek, bo były one sfabrykowane, nierzetelne i fałszywe (Kilka przykładów: Callejon był na spalonym [mecz z Osasuna], Khedira, Cristiano i Benzema absorbowali uwagę bramkarza przy niedoszłym golu Ramosa [mecz z Valladolid]).

W tym sezonie podyktowane już były trzy “jedenastki” za faul na zawodniku będącym około pół metra przed polem karnym. To tragicznie wysoka liczba. Pierwszy przypadek miał miejsce w La Corunii, kiedy Mascherano faulował(?) Rikiego około 75 centymetrów przed własnym polem karnym. Arbiter jednak sugerując się zapewne wskazaniem liniowego, podyktował rzut karny. Druga sytuacja miała miejsce w Walencji. Wiecznie biedny, pokrzywdzony i okradany Real, dostał rzut karny za faul na Callejonie, który został powstrzymany niezgodnie z przepisami około metra przed polem karnym Levante. Inną sprawą jest fakt, że Xabi Alonso, uderzenie z wapna spartaczył, ale to drogi redaktorze Jareczku – nie była to wina arbitra.

Oba przypadki ucichły jednak, bo błędy nie wpłynęły na wynik (Barcelona wygrała w dramatycznych okolicznościach 5-4, a Real, który nie wykorzystał “prezentu” w końcówce i tak przechylił szalę zwycięstwa na swoją stronę). Jednak to co stało się w meczu otwierającym ostatnią kolejkę, było dobitnym potwierdzeniem mojej tezy, kto tu tak naprawdę pociąga za sznurki.

Rayo Vallecano gra z beznadziejnym w tym sezonie Athletkiem Bilbao. Jeden z zawodników ubiegłorocznego beniaminka został sfaulowany przed polem karnym. Arbiter główny wskazuje na miejsce, z którego ma zostać wykonany rzut wolny, jednak sędzia boczny nie zgadza się z tą decyzją i nakazuje podyktowanie rzutu karnego. Na nic zdały się prośby, błagania i słowa piłkarzy z Kraju Basków. Arbiter główny, wskazuje na punkt znajdujący się na jedenastym metrze. Dlaczego miałby postąpić inaczej? Przecież jego kolega powiedział mu, że widział tę sytuację jak na dłoni.

Tak moi drodzy. Czas “zejść” z arbitrów głównych, bo często obrzucani są błotem za błędy swoich kolegów, których nazwisk większość z nas pewnie nie zna.

Lamenty na rm.pl po meczu z Celtą są zupełnie irracjonalne. Po pierwsze, Ramos po raz wtóry już w swojej karierze zachował się jak amator i osłabił swój zespół w najgłupszy możliwy sposób. Ale po drugie dlatego, że obraził arbitra głównego za to, że liniowy niesłusznie podniósł chorągiewkę.

Co do jednego z obrońcą Realu się zgodzę. Komisja powinna zrobić porządek z poziomem prowadzenia meczów. Problem jest niestety dużo większego kalibru. Bo poziom arbitrażu drastycznie się pogarsza i to nie tylko w Hiszpanii, ale i w bardzo poprawnej pod tym względem ostatnimi laty, Anglii.

Fakty są jednak takie, że sędziowie mylili, mylą i mylić się będą i jest to jedna z części futbolu. Szkoda, że El Jarek wylewa pomyje na ludzi, których w zupełności nie zna, zapominając o tym, że ci sami panowie rok temu odebrali Barcelonie tytuł.

Wtedy jednak byli tylko ludźmi, a teraz są łajdakami.