W cieniu sław: Piękny styl, czy zwycięstwo za wszelką cenę?

Zazdroszczę tym, którzy kibicują polskim klubom. Naprawdę zazdroszczę, bo ja najzwyczajniej w świecie nie potrafię tego zrobić. Nie dlatego, że nie jestem zżyty z ze swoim miastem, czy też regionem, po prostu polska piłka jest dla mnie zbyt toporna, nudna i odpychająca (za względów piłkarskich jak i tych pozaboiskowych). Nigdy nie uważałem Motoru Lublin za jakąś reklamę miasta, albo jego super wizytówkę. Co to za klub, którego największymi gwiazdami są udziałowcy (Jacek Bąk i Jacek Krzynówek)?

Pewnie dla wielu z was zaleciało teraz zwykłym “sezonostwem”, mi jednak chodziło o coś zupełnie innego. Nie wymagam przecież od klubu tego pokroju wirtuozerii. Jedynie tego, żeby na mecz wychodzili z jakimś swoim pomysłem na grę, a nie chęcią wygrania meczów po 1-0 (co najczęściej kończy się porażkami). Chcę widzieć w tej ekipie jakiś styl, który pozwoli mi po każdym kolejnym spotkaniu nie mieć wyrzutów sumienia, że wyrzuciłem kilka złotych w błoto, o zmarnowanym czasie nie wspominając.

Ale wyjdźmy teraz poza granicę naszego kraju. Popatrzmy na Anglię, albo Hiszpanię, gdzie realia futbolu są oczywiście inne, ale sposób myślenia pozostaje ten sam. Jedni chcą wygrywać za wszelką cenę. Piękną grę uważają za bajkę dla dzieci, a ich głównym hasłem jest to, że historia pamięta tylko zwycięzców. Drugie miejsce się nie liczy. Jest gówno warte. Są też tacy, dla których piękna gra i robienie z piłki nożnej sztuki jest dużo ważniejsze niż  stawianie na półkach kolejnych pucharów. Tacy są w stanie rzucić wszystko na jedną szalę, byle tylko zaczarować kibica swoimi magicznymi zagraniami, akcjami i podaniami.

Obecnie od kibiców Królewskich można usłyszeć, że nieważne, że Real nie ma swojego stylu (zmienia go każdy nowo przybyły trener), istotne jest to, że wygrywają kolejne trofea. Cóż, fanem filozofii “wygrać za wszelką cenę” jest sam Jose Mourinho, który szkodzi futbolowi – abstrahując od tego, że hańbi go swoim chamstwem i wyzwiskami – przez zanudzanie wszystkich dookoła. Teraz kibice Realu powiedzą, że przecież to drużyna Portugalczyka pobiła rekord ligi hiszpańskiej w liczbie zdobytych goli (zapominając o tym, że spora część z tych bramek padła po wątpliwych rzutach karnych). Do tego dodać mogą, że przecież Królewscy wygrali ostatnio z Mallorką 5-0 i to na wyjeździe. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że to raczej piłkarze z Balearów zagrali żałośnie, niż podopieczni Mou wybitnie. Ja jednak odnoszę się do ogólnej myśli i filozofii trenera mistrzów Hiszpanii, który minimalne zwycięstwa i puchary wygrane w beznadziejny sposób, brałby w ciemno przed każdym rozpoczynającym się sezonem. Kto twierdzi inaczej, najzwyczajniej w świecie z wiedzą o futbolu nie ma wiele wspólnego.

Ja jednak wybrałem Barcelonę. Wybrałem i zacząłem kibicować kiedy z pucharami było u niej krucho. Może powiem jeszcze inaczej. Nie było ich w ogóle! Ale mimo to widziałem, że ta drużyna ma swój pomysł na grę. Że w jaki sposób mecz by się nie układał, ona zawsze będzie atakować. Hodowanie piłkarskiego narybku, którego mógłby pozazdrościć jej każdy klub na świecie. Filozofia ucząca, że posiadanie piłki jest świętością i że kiedy my mamy futbolówkę to nie ma jej rywal. To jest to. Dzięki temu pokochałem Barcelonę.

Mecze Blaugrany staram się oglądać kiedy tylko mam taką możliwość. Robię to najczęściej z tatą, który też jest cule. Ileż to razy zadawaliśmy sobie pytania “dlaczego on po prostu nie wybije tej piłki?”, albo “dlaczego nikt nie odda strzału z dystansu?” Zapominamy o tym, że te pytania są raczej z gatunku retorycznych. Przecież każdy zna odpowiedź na pytanie “dlaczego?”. Bo to jest po prostu Barcelona. Za to co teraz mnie w ich grze w kurza – o ironio – właśnie pokochałem tę ekipę. Często nie doceniamy tego co mamy, a tego o czym inni tylko mogą pomarzyć. Styl.

Chelsea, która wygrała ostatnią Ligę Mistrzów, zrobiła to chyba w najbrzydszy i najbardziej fartowny sposób w historii tych rozgrywek. Napoli, Benfica, Barcelona i Bayern. Każdy z tych klubów powinien posłać Londyńczyków za burtę turnieju. Stało się jednak inaczej. To Drogba i spółka sięgnęli po puchar, ale mimo to Roman Abramowicz był bardzo zniesmaczony. Przez całe lato starał się przekonać Pepa Guardiolę by ten przejął stery menedżera na Stamford Bridge. Jakże strasznie bolesne musiało to być dla Roberto Di Matteo, który wygrał w pół roku pracy dublet. Rosyjski multimiliarder mimo sukcesów nie był zadowolony z gry swoich zawodników. Drużyna zbudowana za takie pieniądze musi grać pięknie. Zwycięstwa w beznadziejnym stylem są dla takiego klubu hańbą, a nie nagrodą.

Być może tiki taka i sposób gry Barcelony doprowadzi ją kiedyś do zguby. Być może wyrachowanie zamorduje romantyczność w futbolu. Ale ja zawsze będę z tą ekipą, która co by się nie stało zagra w taki sam sposób. Swój sposób.

Być może za kilkadziesiąt lat przyjdzie do mnie jakiś Michaś i powie, że City jest wspaniałe, bo wszystko wygrywa. Ja wtedy sięgnę po kubek ze sztuczną szczęką, w której brakuje zębów od “piątki” w górę, cofnę się wspomnieniami do tych dni. Łza nierówno będzie spływać po moim pomarszczonym policzku. Odwrócę się w kierunku okna i odpowiem: “Tak Michasiu, City rzeczywiście gra świetnie”. Dlaczego nie opowiem mu o tej Barcelonie, nawet tej przegrywającej w spektakularny sposób? Nie zrobię tego, bo on tego nie zrozumie. On już będzie pokoleniem “pucharowców”.

A to, że historia może tej gry (spektaklu) nie zapamiętać, mam w głębokim poważaniu. Ja będę pamiętał i nigdy nie zapomnę…

… bo takiej fantazji zapomnieć się nie da.