W cieniu sław: Pogratulować wypada

Pisać felieton, czy też dzielić się jakąkolwiek inną myślą po meczu Barcelony z Realem jest czystym szaleństwem. Emocje, stronniczość, złość. Mnóstwo różnych odczuć nie pozwala napisać dobrego tekstu. Niemożliwym jest w zasadzie ‘zachowanie’ głowy. Myśl dzień przed spotkaniem o takim Busquetsie, jaki to z niego zajebisty grajek, zmienić się może – po tym samym meczu – jaki to z niego drewniak, cienias, penis.

Tak jest zazwyczaj. Czy to po zwycięstwie, czy po porażce. Ale nie tym razem. Wczoraj, a właściwie dziś po północy czułem się jak przed pierwszym gwizdkiem. A jak czułem się przed spotkaniem na Bernabeu? Tak jak przed pójściem za poranną potrzebą, albo jak przed robieniem sobie kanapki. Naprawdę, luzik. Piłkarze po raz pierwszy podali piłkę. Nie powiem, wtedy zacząłem czuć malutkiego ‘stresa’. Przez myśl przechodziło wspomnienie żałosnego błędu Victora Valdesa.

Zauważyć się dało brak Daniego Alvesa. Pomyślałem: “O! Jeżeli przegramy, będą się usprawiedliwiać”. Później wyleciał jeszcze Adriano, co dopełnić miało to co się stało i dzieje na stronach Barcelony. A że przez brak Alvesa. A że przez czerwoną kartkę  Correiry. A że kontuzja Puyola. A ja wam powiem wszystkim, że to gówno prawda. Wiecie dlaczego mnie nie ruszył ten mecz? Bo przegraliśmy zasłużenie. Tak jak półtora roku temu Puchar Króla. Królewskim nie pomógł arbiter, ani fart (tak jak to było na Camp Nou). Real wygrał dzięki wspaniałej grze Cristiano Ronaldo i spółki, a także genialnej taktyce Jose Mourinho.  Tylko dzięki temu.

Real jak Barcelona

Madrytczycy  w ekspresowym tempie odbierali piłkę po jej stracie. Paradoks, co? Trochę w naszym stylu. Kwas i to niemały. Mou dodał do barcelońskiego pressingu długie podanie za plecy stoperów Barcy. Proste, a jakże skuteczne. Nie owijajmy w bawełnę, że to początek sezonu i forma jeszcze nie ta.

Gramy naprawdę fajną piłkę i nie jesteśmy gorsi od Realu. Tito jest mistrzem taktyki. Pep nigdy nie ukrywał, że on ustalał skład, formację i priorytety boiskowe, ale za taktykę odpowiedzialny był Vilanova. To co się stało, że taki genialny strateg jak Tito/Pito,  zawiódł w meczu na Bernabeu, gdzie w końcu  szachami już poruszał?

A no Valdes

A no właśnie Valdes się stał. W meczu z Realem Sociedad Tito świetnie ‘uwolnił’ Ceska i Tello, którzy szaleli na boisku. W Pampelunie też pomysł był dobry, ale Andres i reszta zawiodła, mimo wszystko plan B, w postaci wprowadzenia na boisko Xaviego, Pedro i Villi, wypalił.  Na Camp Nou z Realem, zagraliśmy KA-PI-TA-LNIE! Bramka Cristiano, była przypadkiem. Rożny to w końcu rożny. 3-1 to dobry wynik. Wtedy ty rozdajesz karty. Zupełnie inaczej sprawa się ma kiedy masz jednego gola przewagi przed rewanżem na wyjeździe i straconą jedno lub dwie bramki na własnym terenie. Żałosny błąd VV-ego, który zachował się jak gówniarz, chcący bawić się z Di Marią w kotka i myszkę zmienił wszystko. 3-2, niby jeden gol, a sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Tito – delikatnie mówiąc – zgłupiał. Mister wiedział, że aby wygrać Superpuchar trzeba zdobyć gola na Santiago, ale jak to zrobić nie tracąc przy tym bramki? No właśnie. Niełatwa sprawa, żeby nie powiedzieć, że cholernie trudna!

Nie ma lipy

Z drugiej strony świat się nie zawalił. Superpuchar to najmniej ważny  puchar w sezonie. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Już w niedzielę mecz z Valencią, która potrafi ukąsić, o czym przekonał się sam Real. Później Getafe itd. Trzeba patrzyć przed siebie i kroczyć z trzech punktów, po trzy punkty.

Prawdziwy kibic wspiera swoją ekipę. Ale nie wyklucza to tego, żeby podejść do któregoś z Białych i pogratulować. Tak po prostu wypada.