W cieniu sław: Równi i równiejsi

Zadaję sobie od pewnego czasu pytanie, czy w ogóle sens ma kibicowanie. Dlaczego niby szanowny pan Platini tak desperacko walczy z powtórkami video, które mogłyby pomóc w podjęciu poprawnych decyzji podczas spotkań? Chodzi tu oczywiście o pieniądze. Grube miliony.

Czasami nasuwa się myśl, że już przed startem rozgrywek Ligi Mistrzów gdzieś w Nyonie leżą medale i puchar z wygrawerowaną nazwą klubu. Mało kto wie jakie kolory przybrałem widząc grabież w tym sezonie na Ajaxie Amsterdam. Klub z piękną historią strzela Realowi Madryt dwie prawidłowe bramki, które nie zostają uznane. Ale pal licho, Lyon by awansować dalej musi strzelić przecież, aż sześć bramek. I co się stało? Francuzi strzelili bramek siedem! Ok, Dynamo to naprawdę słaby rywal, ale Ajax i Real męczył się z nim niemiłosiernie, a tu proszę. Z drużyny, która walczyła od pierwszej do ostatniej minuty zrobiły się panienki, które same dośrodkowywały w swoje pole karne.

Oj, UEFA ma sobie wiele do zarzucenia, ale jednego odebrać jej nie można. Oszukuje po równo. W La Lidze jest natomiast zupełnie inaczej. Kibicuję Barcelonie już serio kupę lat i rok rocznie widzę faworyzowanie stołecznego Realu. Jakże frustrujące dla prostego kibica Atletico Madryt musi być fakt, że od 12 lat ich ekipa nie może pokonać w derbach Królewskich. I nie jest tak, że Rojiblancos rok rocznie są słabsi od swoich rywali. O nie! W sezonie 2008/2009 na Vicente Calderon przez długi czas był wynik 1-1. Z niewiadomych przyczyn sędzia doliczył, aż 4 minuty do drugiej połowy. Cóż stało się minęło regulaminowe 90 minut, minął czas doliczony, a mecz trwał w najlepsze i tu proszę, niespodzianka. O własne nogi potknął się w polu karnym Drenthe, a sędzia ku zdziwieniu wszystkich kibiców wskazał na wapno. Jedenastkę niepierwszą i nieostatnią w tym jak i każdym innym sezonie wykorzystali Królewscy i to oni znów mogli się cieszyć się ze zwycięstw w wielkich derbach.

Pół roku później mieliśmy jeszcze większy przekręt. Real, którego stery przejął Juande Ramos wygrywał mecz za meczem (warto dodać, że arbitrzy bardzo starali się by seria zwycięstw stołecznych nie została przerwana). Jednak cóż nadeszły kolejne Derby Madrytu i mieliśmy znów to samo. Forlan strzelił dwa gole i tylko jeden został uznany, bo napastnik uderzał zza pola karnego i nijak tej bramki anulować się nie dało. Drugi jednak został odebrany popularnym Indianom w bardzo perfidny sposób. Dodając do tego bramkę strzeloną z pięciometrowego spalonego przez Huntelaara mamy obraz nędzy i rozpaczy hiszpańskiego arbitrażu.

I jakim trzeba być hipokrytą, żeby bulgotać jak indor na konferencjach prasowych, że Pepe został wyrzucony z boiska, kiedy tak naprawdę oprócz Portugalczyka czerwone kartki powinni obejrzeć także Marcelo i Adebayor? Żałosne jest to, że cały durny komitet i zarząd ligi hiszpańskiej, która chce mieć miano najlepszej, wciąż faworyzuje jedną ekipę. W meczu z Almerią na trybuny odesłany został Pep Guardiola. Jak się później okazało, sędzia najzwyczajniej w świecie nakłamał w protokole mówiąc, że trener Barcelony nazwał go “skur*****em”. Dzięki Bogu bardzo blisko stała kamera, która nagrała rozmowę obu dżentelmenów. Hiszpański szkoleniowiec powiedział: “panie sędzio, wydawało mi się, że tam był karny”, na to pajac z chorągiewką kazał mu oddelegować się na trybuny. Kiedy Pep powiedział na konferencji, że sędzia skłamał, nałożono na niego karę, która zawiesiła Mistera na trzy spotkania.

Kiedy jednak Mourinho wyciągnął kartkę z kilkunastoma “błędami” arbitra (0dziwo wszystkie  pomyłki były na niekorzyść Królewskich) nazywając go niekompetentnym i beznadziejnym, nie powiedziano w tej sprawie, żadnego słowa.

Dlaczego piszę ten felieton? Bo ostatniej soboty miarka się przebrała. Sędzia z Madrytu (!) nie dyktuje Barcelonie ewidentnie trzech jedenastek, wyrzuca za nic Gerarda Pique i nie są w stosunku do niego wyciągane żadne konsekwencje. Ba, stoper, który dał upust swoim emocjom na konferencji prasowej mówiąc, że ta kartka była mu pokazana “z premedytacją”, może zostać zawieszony na kilka spotkań, dlaczego? Dlatego, że ma już dość niesprawiedliwego sędziowania?

Kiedy po meczu na Camp Nou Mourinho czekał na Teixeirę Vitienesa w garażu pod stadionem, wszystko było ok. Na dodatek Federacja obiecała Królewskim, że pan Vitienes nie będzie prowadził już spotkań Realu Madryt. Zauważmy, że najwięcej spotkań z udziałem stołecznych prowadził w tym sezonie Lahoz, czyli arbiter, którego Jose “chce oglądać zawsze”.

Kiedy Barcelonie wynik odpowiada to sędzia nie podyktuje ewidentnego karnego, wyrzuci kogoś z boiska, albo pomoże rywalom. Ostatnim razem śledziłem z ojcem mecz Los Blancos z Levante. Drużyna z Valencii wyszła na prowadzenie, ale później Ramos powinien obejrzeć czerwoną kartkę. Ale jak ktokolwiek mógłby stanąć przeciwko drużynie prowadzonej przez Portugalczyka? Wynik ten utrzymywał się przez dłuższy czas i mimo, że w sercu rodziła się nadzieja to powiedziałem tacie: “zobaczysz, że będzie karny, albo czerwona kartka, dla któregoś z piłkarzy gości”. Jednakowoż byłem głupi. Sędzia wypełnił obie te rzeczy na raz.

Czy musimy zgadzać się na to, żeby Komisja do spraw ligi drwiła z nas, a także oszukiwała nas jak popadnie? Czy musimy patrzeć jak arbitrzy głaszczą po głowie piłkarzy Realu Madryt, a naszych krzywdzą? Władze Blaugrany powinny powiedzieć zdecydowane “nie” tym skorumpowanym oszustom. A jeżeli tak się nie stanie?

A jeżeli tak się nie stanie to nadal będziemy świadkami zjawiska równych i równiejszych.