W cieniu sław: W futbolu trzeba umieć przegrywać

Wiedziałem. Zwyczajnie i po prostu wiedziałem, że po meczu z Milanem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów znowu będzie to samo. Od pamiętnego meczu na Stamford Bridge, gdzie sędzia pomógł Barcelonie, na katalońskim klubie przyklejono łatkę drużyny pupilków Platiniego, czy też arbitrów. Ale jak jest naprawdę? Jakie są fakty?

Cóż, faktem jest, że jesteśmy w 1/2 finałów Pucharu Europy po raz piąty z rzędu co jest absolutnie fenomenalnym i historycznym wyczynem. Wydawać by się mogło, że cały piłkarski świat (nieważne, czy związany z Barceloną, czy Madrytem) będzie się rozpływać nad drużyną Pepa Guardioli. Ekipa, która prezentuje piękny i przede wszystkim na stałym poziomie futbol, pokonując wszystkich po drodze, jest jednak nielubiana. Ba, ona jest nienawidzona! Pozwólmy sobie przeanalizować wszystkie “kontrowersje” związane z Blaugraną. Jak już wspominałem, cała afera rozpoczęła się w maju 2009 roku, kiedy to “kibice” Chelsea i upokorzonego kilka dni wcześniej Realu (pamiętne 2:6 na Bernabeu) oglądający mecze swoich pupili tylko wtedy, gdy TVP2 emitowało ich spotkanie, zasiedli przed telewizorami i obejrzeli rewanżowe starcie dwóch gigantów.

Już przed pierwszym gwizdkiem Dariusz Szpakowski poinformował ich o wyniku pierwszej potyczki obu ekip (0:0).  Fani “Białych” i “Niebieskich”, uważali za pewne, że obie drużyny pierwszy mecz olały, a bezbramkowy remis był wynikiem braku zaangażowania. Tym bardziej zirytowało towarzystwo to jak zawody prowadził arbiter. Widzieli faul Alvesa na Maludzie, rękę Pique, a także rękę Samuela Eto’o. Po półfinale, w którym to Iniesta wysłał Londyńczyków do piłkarskiej gehenny, głos zabrało wielu znakomitych sędziów z całego świata. Wszyscy byli zgodni: “Karny był tylko jeden. Jedenastka powinna zostać podyktowana za zagranie futbolówki ręką przez Pique”. Takie też miałem wrażenie ja sam, ale postanowiłem odciąć się od wyciągania wniosków z racji tego, że byłyby one subiektywne. Zdanie arbitrów o szanowanych nazwiskach mówi swoje, no nie? Jasne, kibicowi Królewskich to nie wystarcza. A więc co powiedział na ten temat wielki Jose Mourinho? Nic. Milczał. Mówiąc kolokwialnie dyndało mu to, bo jego Inter odpadł sprawiedliwie z Manchesterem United dużo wcześniej. Mecz Barcelony z Chelsea oglądał co najwyżej przed monitorem puszczając śmierdzące portugalskie bąki.

Fani The Blues, rozgrzebywali i rozpamiętywali spotkanie przez najbliższych kilka tygodni, zapominając, że nie był to mecz a dwumecz. I tu właśnie jest problem pogrzebany. Mało kto oglądał pierwsze spotkanie czterokrotnych Mistrzów Anglii z wielką Barceloną. Także pozwolę sobie przypomnieć parę spraw, o których zapomniano (albo po prostu chciano zapomnieć). Na Camp Nou, było nie mniej kontrowersji niż tydzień później nad Tamizą. Najpierw bardzo wyraźnie w polu karnym faulowany przez Alexa był Thierry Henry. Sędzia  gwizdka jednak nie użył. Nie wyrzucił też z placu gry Ballacka. Niemiec w 90 minut zapracował na trzy czerwone kartoniki. Nie otrzymał żadnego. Nie przeszkodziło mu to w szarpaniu i darciu się na Ovrebo. Ktoś tu nie umie przegrywać, czy tylko mi się tak wydaje?

Pech Barcelony w tym wypadku polegał na tym, że motłoch obejrzał tylko jedną stronę medalu, zupełnie zapominając o drugiej równie syfiastej. Na tym nie koniec jednak  problemów Barcelony. Blaugrana zgarnęła Puchar Mistrzów kosztem United. Zabolało to bardzo towarzystwo związane z Los Blancos. Marca i As(s) ścigały się w oczernianiu odwiecznego rywala. Obie gazety chciały czernią zasłonić historyczny tryplet. Na szczęście nie udało się.

Przed sezonem 2010/11 do Madrytu sprowadzony został Mourinho. Facet, który gdzie tylko się pojawił zostawił za sobą smród i kupę chamstwa. Tak było w Chelsea, tak było w Interze, czemu w Hiszpanii miało by być inaczej? Portugalczyk – mistrz zamydlania oczu i odwracania kota ogonem, zaczął pracę od przedstawienia Barcelony jako zła panującego na boiskach, a siebie jako Mesjasza władającego bronią w postaci Realu. Były szkoleniowiec Porto został sprowadzony do stolicy Hiszpanii nie przez przypadek. To właśnie Inter Mou, wyeliminował Barce w półfinale sezon wcześniej. Na San Siro jednak Barcelona powinna uzyskać inny wynik niż porażka 1-3. Mimo wyjścia na prowadzenie, Pep Team  szybko stracił bramkę, a później kolejną. Messi i spółka szybko mogli jednak odpowiedzieć. W polu karnym znalazł się Dani Alves. Brazylijczyk nosił się z zamiarem oddania strzału jednak równo z trawą wyciął go Sneijder. Bez konsekwencji. Chwilę później gola (na wagę awansu jak się później okazało) strzelił Diego Milito. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Argentyńczyk w momencie oddawania strzału był na spalonym.

Czy ktoś o tym pamięta? Czy ktoś wraca pamięcią do tego meczu? Nie. Dzięki Jose wszystkim (także nam, kibicom Barcelony) zostanie w pamięci obraz Busiego robiącego “akuku”. I nieważne, że Bojan strzelił prawidłową bramkę. Nieważne, że był karny na Ibrahimoviciu. To wszystko zostało zamiecione pod dywan. Dlaczego? Ktoś się czegoś obawia?

Portugalczyk z drużyną Królewskich wygrał w swoim pierwszym sezonie Puchar Króla. Abstrahując już od faktu, że po zdobyciu tego pucharu, cała biała część Hiszpanii uznała go za najważniejszy i najcenniejszy (o dziwo w tym sezonie, po odpadnięciu z rozgrywek wszyscy na czele z Mourinho, wmawiali, że to trofeum nie jest warte funta kłaków. Ale o tym za chwilę), każdego cules denerwować musiał fakt, że każdy tryumf nad ekipą dziewięciokrotnego tryumfatora Ligi Mistrzów był negowany. Pierwsza porażka Realu (0-5) usprawiedliwiona była tym, że z boiska nie wyrzucony został Valdes, a i karnego sędzia nie raczył odgwizdać. Następne spotkanie – też w lidze – skończyło się remisem 1-1. Mou był bardzo dumny ze swojej ekipy, obarczając winą za brak zwycięstwa arbitra (chodziło o czerwoną kartkę dla Albiola). Trenerowi zapomniało się o niesłusznie podyktowanym karnym dla Realu, a także o faulu Casillasa na Villi. W Pucharze Europy, falę krytyki wywołała czerwona kartka dla Pepego. Czy uważam, że była słuszna? Nie wiem. Wiem jednak, że w tej chwili na boisku nie powinno być już Adebayora i Marcelo, który postanowił przespacerować się po kostce Pedro. Efekt? Porażka zamazana i usprawiedliwiona. Czy przegrana rzeczywiście, aż tak boli?

I w tym sezonie jest tak samo. Po odpadnięciu z Copa del Rey Mou nie uznał za stosowne pogratulować rywalowi (tak jak zrobił to Guardiola kilka miesięcy wcześniej po przegranym finale), Portugalczyk zajęty był zbieganiem do garażu by poczekać na sędziego.

Czego brakuje w tej powtórce z rozrywki? Może ekipy podobnej do Chelsea? Ależ jest! To Milan, który postanowił awansować do półfinału oddając w meczu tylko jeden groźny strzał. Głos w sprawie zabrał sam Zlatan Ibrahimović, który powiedział, że teraz rozumie zachowanie swojego byłego mentora z Interu Mediolan (Ibra rzecz jasna nie powiedział ani słowa o tym, że na San Siro faulowani w szesnastce byli kolejno Alexis i Puyol). Pajac Jose nie omieszkał odpowiedzieć na słowa Szweda: “Ibra wygląda na inteligentnego, ale długo trwało zanim to zrozumiał”. Czy już do końca będziemy świadkami bezczelności i hipokryzji Portugalczyka? Na to wygląda.

W futbolu nie zawsze wygrywa ten, który strzeli więcej goli. Nie zawsze zwycięża ten grający pięknie. Czasami prawdziwym tryumfatorem jest ten kto umie pięknie i z klasą przegrać. W futbolu trzeba umieć wygrywać, ale i przegrywać. Piłka nożna to sztuka przegrywania? Tak, na pewno.