W Katalonii Walentynki obchodzimy tak!

W takie dni jak ten można poznać, czym jest miłość! Tego, bynajmniej nie przesadzając, magicznego wieczora Barca podjęła Celtę de Vigo tak, jak na lidera przystało – z początku powoli, później już bezlitośnie rozstrzelała gości z rezultatem końcowym 6:1, a na to złożyły się trafienia Leo Messiego, Ivana Rakiticia, Neymara oraz hat trick Luisa Suareza… i już zapowiada się co najmniej romantycznie.

Co bowiem wyjątkowego było w tym spotkaniu? Absolutnie wszystko. Każdy z goli, które zanotowali Katalończycy, był co najmniej nietypowy, oryginalny albo po prostu piękny. Całe Tridente wpisało się na listę strzelców tychże goli, a przy czterech z sześciu asystowali Messi lub Suarez. Nawet przy rzucie karnym. A kiedy Blaugrana rozkręciła się na dobre, strzeliła cztery bramki w kwadrans.

Faworyt spotkania był zdecydowanie znany i rzeczywiście można go było rozpoznać od pierwszych minut spotkania, bo Barca wzięła się do roboty już po rozpoczynającym gwizdku sędziego. Jej efektywność jednak z początku miała się średnio, bo przez pierwsze dwadzieścia minut dość żywej gry strzały Barcy tylko okalały bramkę Celty. Na pierwszy z najpiękniejszych momentów tego spotkania, na szczęście, nie musieliśmy czekać długo, bo wynik spotkania otworzył Leo Messi po rewelacyjnie wykonanym rzucie wolnym.

Wtedy jeszcze nie mogliśmy stwierdzić, jak głęboko szala przechyli się na stronę Dumy Katalonii – Celta pozostawała w tyle względem niej, ale jej starania o to, by wyjść z cienia, były jeszcze zauważalne. Dziesięć minut później Celestes wyrównali wynik, gdy John Guidetti wykorzystał jedenastkę… i, prawdę mówiąc, na tym koniec, jeśli chodzi o ozdobniki pierwszej partii, która mogła niespecjalnie zadowalać i sycić zarówno zawodników, jak i kibiców na Camp Nou oraz przed telewizorami.

Wszystko bowiem zostało rozstrzygnięte w przeciągu następnych czterdziestu pięciu minut. Warto zaznaczyć, że pierwszy kwadrans nie różnił się za bardzo od początków tamtej połowy, bo Blaugrana bardzo podobnie rozgrywała i również atakowała, ale nieskutecznie. Tym razem jednak kolejny gol, który ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, padł szybciej, bo już w 59. minucie – wtedy do bramki strzelił Luis Suarez po asyście Argentyńczyka. Swój wyczyn powtórzył za kolejne 15 minut, gdy za futbolówką pędził Neymar – tuż obok brami Alvareza kopnął ją pod niedorzecznie ostrym kątem, a dla pewności Pistolero “wpadł razem z nią” do siatki. Mogłabym oglądać tę akcję tysiąc razy a i tak ciężko mi będzie powiedzieć, jak oni to zrobili.

Ten gol był otwierającym maraton-goleadę na ostatniej prostej tego spotkania – w 80. minucie arbiter podytkował rzut karny dla gospodarzy po faulu na Messim. On też podszedł do wykonania tego rzutu, to zaś, co nam pokazał, każe mi tylko zbierać szczękę z podłogi, bo jestem przekonana, że zaskoczyli dokładnie każdego, kto oglądał to spotkanie – lekko trącił piłkę, by mógł do niej dobiec Urugwajczyk, a jego, swoją drogą, asekurował także Neymar.

Było to, prawdę mówiąc, ryzykowne zagranie – wyglądałoby to co najmniej śmiesznie, gdyby akcja się nie powiodła, lecz czy Katalończycy w ogóle brali pod uwagę ten scenariusz? Gallegos byli tą akcją niemało zaskoczeni – nawet nieznacznie protestowali, kiedy Suarez wpakował piłkę do siatki, bo jak inaczej mieli zareagować, kiedy ktoś ośmiesza ich z bajeczną łatwością?

Cztery minuty później Ivan Rakitić powiększył prowadzenie, posyłając bombę w kierunku bramki Celty. Asystował mu nie kto inny, jak Luis Suarez. Pięć minut po nim zaś, na listę strzelców nareszcie wpisał się też Neymar, tym razem nie wybiegając z piłką tak daleko, jak poprzednio. Przyjezdni mogli co najwyżej pobiec za nią do bramki albo zatańczyć razem z Brazylijczykiem jego nowe “Tchu Tcha Tcha” albo coś w tym stylu.

Tak zresztą układała się ich gra w ostatnich kilkunastu minutach tego spotkania – mogli “podziwiać mecz Barcelony”, bo ani nie byli w stanie aktywnie dołączyć się do tego spotkania, ani prawdopodobnie szok im na to nie pozwalał, ani, mówiąc wprost, nie mieli miejsca na to, by ratować swój honor. Przy piłce była później niemal wyłącznie Blaugrana, do tego pozbawiona litości.

Futbol to nie jest jednak rzeczywistość charytatywna – Barcelona walczy o to, by nadal być najlepszą drużyną na świecie, albo nawet we wszechświecie, bo to, co zaprezentowała nam dzisiaj, wyglądało co najmniej kosmicznie. Fantastyczne były zarówno gole, asysty, jak i pojedyncze dryblingi czy pojedynki jeden na jeden – tu warto wspomnieć sprytne i imponujące podrzucenie piłki Neymara nad sobą i Señe. Jeśli ktoś tego nie przyuważył – na sto procent łatwo znajdzie to gdzieś w Internecie. Polecam obejrzenie wszystkich highlights z tego spotkania w ogóle. Palce lizać! Ciężko bowiem wymieniać wszystkie ciekawe akcje, gdy samych zakończonych sukcesem nazbierało się tak wiele.

Jesteśmy lekko za połową tego sezonu, a nawet taka “drobnostka”, jak jeden z trzydziestu ośmiu meczów ligowych oraz wielu innych, może pisać historię na naszych oczach. Gdyby ktoś zapytał, co właściwie takiego wyjątkowego jest w tej drużynie, że nie można jej porównywać do żadnej innej i że bezkarnie nazywamy ją najlepszą, możemy odpowiedzieć właśnie to: coś wspaniałego robi nawet z małych rzeczy. A jak Wasze Walentynki? Bo moje głośne, radosne, owocne i pełne miłości!

FC Barcelona:

Bravo – Alba, Mascherano, Pique, Alves (61′ Rakitić) – Iniesta (78′ Turan), Busquets, Roberto (61′ Vidal) – Neymar, Suarez, Messi

Celta de Vigo:

Alvarez – Mallo, Cabral, Jonny, Planas – Wass (83′ Cheikh), Radoja, Hernandez (65′ Diaz) – Beauvue, Guidetti (78′ Drazic), Señe