W maju o Puchar Króla!

Nieskromnie ujawnię Wam, że dzisiejszego wieczora na El Madrigal nie obejrzeliśmy większych niespodzianek. Barcelona miała zmierzyć się z podopiecznymi Marcelino Garcii, mając nad nimi pewną przewagę. Nie roztrwoniła jej, wręcz przeciwnie – dziś także wraca do Katalonii zwycięsko, ciesząc się wywalczonym finałem La Copa.

Spotkanie było dość ciekawe, na pewno wyrównane – bądź co bądź, Villarreal żywił nadzieje na odmienienie losów tego dwumeczu. Ciężko mi jednak stwierdzić, że ten rewanż był paradą atrakcji. Gospodarze weszli bowiem w ten mecz, bez dwóch zdań, nieprawidłowo – stracili bramkę już po trzech minutach od pierwszego gwizdka sędziego po trafieniu Neymara, by potem przez niemal całą resztę tej partii bezskutecznie próbować się odegrać.

Niestety, niczym konkretnym to nie zaowocowało, chociaż, jak wspomniałam wyżej, nazwanie spotkania nudnym także byłoby przesadą. Barca z drugiej strony również nie powiększała wtedy swojej przewagi – mimo, że od czasu do czasu oglądaliśmy jakieś akcje pod bramkami Marca Andre Ter Stegena i Sergio Asenjo, ani jednym, ani drugim się nigdzie nie śpieszyło. To dziwne, bo o ile Blaugrana raczej mogła sobie na to pozwolić, to Żółte Łodzie Podwodne już niespecjalnie. Dopiero na kilka minut przed końcem pierwszej połowy Villarreal wykorzystał wreszcie rozluźnienie rywali, kiedy to Jonathan dos Santos wyrównał stan tego rewanżu.

Oglądając drugą połowę natomiast miałam wrażenie, że kolejne gole Azulgrany są kwestią czasu, chociaż przecież równie dobrze to gospodarze mogli wyjść z szatni jak natchnieni. Nie stało się tak jednak – ogółem rzecz biorąc, nie stanowili już większego zagrożenia, czego dowodem są chociażby dwie kolejne bramki, które zadecydowały o awansie Barcelony do finału z przytupem. El Submarinos Amarillos nadal grali, że tak powiem, z rytmicznym spokojem, jednak w efekcie zaczęli popadać w letarg. Co więcej, ich skład skurczył się o jednego Pinę, który został ukarany czerwonym kartonikiem za kolejne, mało sportowe zagrania w walce o piłkę, a przynajmniej teoretycznie o piłkę. On, swoją drogą, pośrednio odesłał Busquetsa na trybuny, kiedy w podobnie zgrabny i ostrożny sposób pojedynkował się właśnie z nim.

Na efekty tego osłabienia nie musieliśmy czekać długo: osiem minut później do listy strzelców dopisał się Luis Suarez polujący na gola od niemal początku tegoż spotkania. Do końca pozostał wówczas ponad kwadrans gry, Villarreal nie sprawiał już wrażenia zabójczo chętnego do odrabiania strat, które najwyraźniej wydały im się zbyt duże jak na kilkanaście minut grania. Jak się później okazało, gol Urugwajczyka nie był ostatnim w tym dwumeczu – wynik zamknął Neymar swoim drugim, pomysłowym trafieniem, a więc na 1:3, tym samym całkowicie pogrążajac rywali.

Myślę, że z takiego rozwoju wydarzeń możemy być w pełni usatysfakcjonowani i dumni. Wiemy, jak istotne i trudne mecze czekają Barcę już niedługo, dlatego śmiem twierdzić, że podobna forma i postawa pozwalają nam wierzyć w dalszą serię zwycięstw drużyny Luisa Enrique. A zwycięstwa w Lidze Mistrzów czy El Clasico nie będą byle jakimi. Tymczasem na Blaugranę czeka finał Pucharu Króla, gdzie zmierzy się z Espanyolem lub Athletikiem Bilbao. Tots units fem forca!

Villarreal CF:

Asenjo – Costa, Ruiz, Musacchio, Mario – Czeryszew (69′ Campbell), Trigueros (75′ Gomez), Pina, Jonathan dos Santos – Vietto, Uche (62′ Giovani dos Santos)

FC Barcelona:

Ter Stegen – Montoya, Pique, Mascherano (76′ Rakitic), Alba – Rafinha (65′ Xavi), Busquets (42′ Mathieu), Iniesta – Messi, Suarez, Neymar