W poszukiwaniu kozła ofiarnego

Przed Barceloną jedno z najważniejszych starć w obecnym sezonie. W najbliższą niedzielę, Katalończycy zawitają na Santiago Bernabeu, gdzie będą walczyli z Królewskimi o kolejne ligowe punkty. Obecnie gra Barcelony może się podobać. Ostatnie, przekonujące zwycięstwo nad Manchesterem City czy niedawna strzelanina na Camp Nou z Osasuną, pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Do czasu. Do czasu, kiedy Barcelonie ponownie podwinie się noga. Kto wtedy będzie kozłem ofiarnym? Jak zawsze w tym sezonie – Gerardo Tata Martino. 

 

Truizmem jest powiedzenie, że kibice są za drużyną bardziej, kiedy ona wygrywa, niż kiedy przegrywa. W obecnej kampanii, Barcelona gra bardzo nieregularnie. Duma Katalonii pod wodzą Taty, potrafi rozegrać prawdziwe partidazo z Realem Madryt czy z Manchesterem City. Z kolei równie łatwo potrafi się potknąć, w starciach z drużynami słabszymi (Real Valliadolid, Real Sociedad, Valencia, Bilbao). Po meczach słabszych – tych zremisowanych czy przegranych, za winnego zawsze uznawano trenera Martino. Tak jest najłatwiej i dla kibiców i dla mediów. Bo w końcu Martino to mało znany trener z Argentyny, który tak naprawdę niczego w futbolu wielkiego nie osiągnął, ergo winny jest zawsze on.

Sukcesy Martino na polu trenerskim nie są zachwycające: trzy mistrzostwa Argentyny i trzy Paragwaju. Szału nie ma, bo w końcu brakuje jakiegokolwiek doświadczenia w piłce europejskiej. Zarzutów było i jest sporo. Sprowadza się do to tego, że Martino jest nieodpowiednim trenerem dla Barcelony. Po każdym słabszym wstępie, media i kibice, prześcigają się w zrzucaniu winy, na Bogu ducha winnego trenera. Martino podpisał dwuletni kontrakt z Barceloną, więc pozwólmy mu przynajmniej dograć obecny sezon do końca. Kredyt zaufania nie zaszkodzi. Barcelona dalej ma szanse na tryplet. Ciężko stwierdzić, czy Tata wprowadził jakieś zamiany w drużynie, ale widać, że Martino zna się na swoim zawodzie.

Nie można też zapominać, w jakich okolicznościach, Martino został trenerem. Do Barcelony został ściągnięty w trymiga i nie miał szansy na przeprowadzenie pełnego okresu przygotowawczego, a co dopiero czasu na zapoznanie się z drużyną i całą instytucją. Gerardo został wrzucony do głębokiej wody i wszyscy oczekują, że będzie osiągał wyniki nie gorsze niż Guardiola. Winni są również zawodnicy. Gołym okiem widać, że w starciach z teoretycznie słabszymi rywalami, zawodnicy wychodzą na murawę w przeświadczeniu, że skoro wygrali, ileś tam tytułów, to przeciwnik oślepiony ich blaskiem, przegrywa na starcie, czekając na wymierzenie jak najmniejszej kary.

Wygrywa drużyna – zasługa zawodników, przegrywa drużyna – winnym trener, tak to wygląda w Barcelonie. Trzeba zmienić podejście w tej kwestii. Zarząd wybrał takiego, a nie innego trenera i szacunek wymaga, aby kibice zaufali temu wyborowi. Na oceny przyjdzie czas po ostatnim meczy tego sezonu. Do tego momentu, trener musi czuć, że całe barcelonismo stoi za nim ścianą.