Zły, dobry i niepotrzebny

Dani Alves jest niekwestionowanym królem prawej obrony. Żaden zawodnik z topowych drużyn tak długo nie obsadzał prawej strony jak robi to Brazylijczyk. Od kiedy przyszedł do Barcelony latem 2008 roku z Sevilli, wystąpił w 321 meczach dla Dumy Katalonii. Choć od kilku lat ma konkurencję w postaci wychowanka Martina Montoyi, to kolejni trenerzy po Guardioli stawiają właśnie na Alvesa, spychając w niebyt resztę zawodników na tej samej pozycji. Ale dla Daniego to ostatnie miesiące wspaniałej, lecz podupadającej kariery w Barcelonie. Klub nie śpieszy się z przedłużeniem kontraktu Brazylijczyka, chociaż jedynymi zmiennikami jest wiecznie pomijany Montoya oraz Douglas, o którym nadal niewiele wiadomo. Kto ma zatem większy problem, Dani Alves czy FC Barcelona?

Zły

Czas Alvesa na Camp Nou skończył się wraz z odejściem z funkcji trenera Tito Vilanovy. Gdy Brazylijczyk imponował formą za Pepa Guardioli, tak od czasów Vilanovy odcina jedynie kupony, co nie znaczy, że wtedy grał źle. Był już widoczny regres, który przez kolejne dwa sezony miał się jedynie pogłębiać. Gerardo Martino nie miał zbyt wiele do powiedzenia w kontekście transferów. Przyszedł na gotowe i nie mógł liczyć na jakiegokolwiek dodatkowego piłkarza, tym bardziej, że już na początku okienka Barcelona wydała fortunę na Neymara. Alves nie miał żadnej konkurencji, przez co trener zmuszany był rozpoczynać wystawianie składu od niego. Można mieć pretensję zarówno do Vilanovy jak i Martino, że w obliczu i tak przeciętnych wyników i potężnego spadku formy oraz sporego zmęczenia po latach triumfów Guardioli, nie zdecydowali się zaufać hiszpańskiemu wychowankowi.

Brazylijczyk z meczu na mecz grał coraz gorzej, do znudzenia próbując tej samej gry, nieważne jakiej klasy był przeciwnik z którym się mierzył. Alves zamiast pomagać drużynie, jeszcze bardziej jej przeszkadzał. Gdy dynamiczny i żądny zwycięstw Alba idealnie wpasował się w DNA Barcelony, grając świetnie do przodu, nie zapominając o swoich podstawowych zadaniach defensywnych, tak Dani już jako gracz po trzydziestce, nie miał ochoty gonić zbyt szybkich graczy, nie dopuszczając im tym samym na skraj własnego pola karnego. Alves stał się zwyczajnie niepotrzebny. Jego gra pozostawiała wiele do życzenia i wydawało się, że najlepsze lata ma za sobą. Barcelona uparła się, że nie odda Brazylijczyka za bezcen i klub żądał zbyt wygórowanej sumy, zupełnie nieadekwatnej do poziomu gry prezentującego przez prawego obrońcę.

Alvesowi na pewno nie pomagał jego swobodny styl bycia. Jak na Brazylijczyka przystało, Dani lubi zabawę, muzykę, taniec i rozrywkę jako taką. Jego filmiki na Instagramie gdzie gra, tańczy, czy śpiewa robią nie tyle furorę, co irytują kibiców, którzy woleliby, aby piłkarz przede wszystkim skupił się na swojej pracy, a południowy temperament zostawił na inny okres, najlepiej gdy przestanie być już zawodnikiem reprezentującym bordowo-granatowe barwy. Niektórzy obawiali się, że Alves będzie miał negatywny wpływ na Neymara, który również jest rasowym Brazylijczykiem, ale nie jest aż takim lekkoduchem jak Dani. Na szczęście okazało się, że Alves spełnia bardziej ojcowska funkcję dla młodszego kolegi, nie włączając go w swoje zabawy, a będąc początkowo katalizatorem między dwiema odrębnymi kulturami.

Dobry

Alves przez ostatnie półtora roku ma niezwykle prosty, a dla przeciwników przewidywalny styl gry. Biegnie prawą stroną z piłką lub bez w okolice 10-15 metra przed linią końcową na połowie przeciwnika i gdy dostanie podanie lub jest w posiadaniu piłki, od razu ją zagrywał w pole karne. Pół biedy gdyby dośrodkowania były na wysokich zawodników, taki jak Pique czy Busquets lub byłoby to podania po ziemi. Alves zwyczajnie pozbywał się piłki, bez większego pomyślunku oddawał futbolówkę przeciwnikom, grając na alibi, aby tylko coś zrobić na boisku. Wrzutki Alvesa nic nie wnosiły do gry, a tylko zaprzepaszczały szansę na jakąkolwiek zdobycz bramkową przez napastników. Gdy tylko Alves dostawał piłkę na prawej stronie, można było być pewnym, że piłka zaraz zostanie przejęta przez obrońców rywali lub wybita na aut. Komentatorzy, dziennikarze i eksperci zastanawiali się ile w grze Alvesa jest samego Brazylijczyka, a ile odgórnych ustaleń trenera. Prawy obrońca z uporem próbował wysokich wrzutek w pole karne, jakby nikt w całym klubie nie doszedł do wniosku, że takie zagrania nie mają najmniejszego sensu od czasów, gdy drużynę opuścił Zlatan Ibrahimović.

Brazylijczyk w tym sezonie rozegrał już 24 spotkania, nie wybiegając na boisku w zalewie siedmiu spotkaniach. Przez chwilę do łask Luisa Enrique wrócił Montoya, grając w kilku meczach na przełomie grudnia i stycznia. Te parę występów zachęciły młodego Hiszpana do pozostania w klubie, chociaż już jedna nogą był we włoskiej lidze. Zresztą Fiorentina potwierdziła kilka dni temu, że Montoya był poważnie brany pod uwagę do wzmocnienia włoskiego zespołu. Klub oferował Barcelonie 12 mln euro, na co Bartomeu i spółka nie zgodzili się, bo klauzula odstępnego piłkarza wynosi 20 mln euro i nie zamierzali sprzedawać go za mniej. Cała sytuacja z Montoyą boli o tyle bardziej, że po raz kolejny Hiszpan wrócił na swoją standardową pozycję z początków sezonu, czyli na trybuny wraz z innym prawym obrońcą sprowadzonym latem – Douglasem.

Douglas to kolejny Brazylijczyk, który ma być przyszłorocznym wzmocnieniem Barcelony, a więc naturalnym następcą Alvesa. O grze byłego gracza Sao Paulo ciężko cokolwiek napisać. Wystąpił w zaledwie czterech meczach tego sezonu, nie prezentując raczej niczego dobrego. Jego ostatni występ w rewanżowym spotkaniu z Elche w Copa del Rey, gdzie grał przez zaledwie 28 minut, uwiecznił niezłą asystą do Adriano w 92 minucie meczu, dzięki czemu Barcelona wygrała tamten mecz aż 4:0. Sama gra Brazylijczyka nie zostawiła dobrego wrażenia, ale już do samej asysty żadnych zastrzeżeń mieć nie można. W tamtej akcji zachował się jak rasowy prawy obrońca, doskonale odnajdując swojego rodaka wbiegającego lewą stroną.

Alves nie musi się niczym martwić, bo klub nie sprowadzając latem żadnego wartościowego zawodnika na jego pozycję, jedynie pomaga mu zachować rolę prawego obrońcy. Brazylijczyk mógłby nadal udawać, że gra i zależy mu na zwycięstwie, ale od słynnej i jakże bolesnej porażki w wyjazdowym meczu przeciwko Realowi Sociedad na Anoeta 4 stycznia 2015 roku coś się zmieniło. Pomijając pierwszy mecz w Pucharze Króla z Elche, na Barcelonę tydzień później w lidze czekało arcyważne spotkanie z niepokonaną w zeszłym sezonie przez Tatę Martino Atletico Madryt. Barcelona dosyć łatwo wygrała 3:1, ale co ważniejsze, zobaczyliśmy nowe, ale i zarazem stare oblicze Alvesa.

To, że Brazylijczyk potrafi nadal grać na bardzo wysokim poziomie przeciw drużyną z absolutnego europejskiego topu, udowadniał nam nie raz. I zrobił to po raz kolejny. Nie był to statyczny Alves, bez pomysłu na grę, dla którego jedynym rozwiązaniem pozbycia się piłki jest daleka wrzutka w pole karne. Tym razem Alves zagrał z głową, przypominając nam jego świetną współpracę z Messim za czasów Dream Teamu Pepa Guardioli. Zmiana systemu gry przez Brazylijczyka nie byłaby możliwa, gdyby nie zamiana pozycjami Suareza i Messiego. Argentyńczyk gra bliżej prawej linii, uniemożliwiając tym samym wtórne rajdy Brazylijczyka. Skoro prawa strona jest obsadzona, to Alves musiał znaleźć sobie inne miejsce na boisku. Nadal częściej gra z przodu niż pracuje w defensywie, ale do jego gry w ataku pozycyjnym nie można mieć zastrzeżeń.

Alves częściej zbiega do środka, próbując gry kombinacyjnej z Messim, która przywodzi na myśl stare lata. Ich współpraca prezentuje się wyśmienicie, a Dani tylko na tym korzysta. Ma większy wpływ na grę, może przebiec kilka metrów z piłką, oddając ją do blisko ustawionego Messiego czy Suareza, tym samym wbiegając w pole karne. Wszystko to skutkuje dynamiczniejszą grą całego zespołu. Alves już nie próbuje bezpłciowych wrzutek. Takie próby podejmuje rzadko, średnio jedną na mecz, kiedy jeszcze do niedawna było ich kilka lub nawet kilkanaście w jednym meczu. Zamiana systemu gry i ustawienia największej gwiazdy zespołu mocno przysłużyła się Brazylijczykowi, który znowu stał się ważnym ogniwem drużyny, a nie przeszkadzaczem, którego kibice mieli już dosyć.

Gdyby nie dobre intencje Alvesa, do jego polepszenia gry nigdy by nie doszło. Brazylijczyk ma w tym jakimś cel, a pamiętając, że od stycznia może negocjować kontrakt z nowym klubem, może Dani zwyczajnie chce pokazać, że mając 31 lat na karku, nadal może być ważnym ogniwem, któregoś z topowych europejskich zespołów, a nie odcinać kolejne kupony w przeciętnym klubie lub dorobić do emerytury w Chinach czy USA. Niezależnie od powodów, gra Alvesa może się w końcu podobać. Na całe szczęście gra przeciw Atletico Madryt znalazła swoje odzwierciedlenie w kolejnych meczach ligowych i pucharowych. Nie był to jednorazowy zryw, ale cała seria przynajmniej porządnych występów prawego obrońcy.

Niepotrzebny

„Barcelona nie kontaktowała się z nami. Dani jest bliżej odejścia niż pozostania w klubie” – powiedziała kilka dni temu Dinorah Santana w wywiadzie dla Canal+. Umowa z Brazylijczykiem wygasa już 30 czerwca, a według zasad Alves może od 1 stycznia negocjować nowy kontrakt. Zawodnik wraz ze swoją agentką mieli postawić klubowi ultimatum, w którym dali czas Barcelonie na odnowienie kontraktu do końca stycznia. Jako, że w klubie panuje ogromny bałagan, a brak dyrektora sportowego na pewno nie sprzyja sytuacji, to Bartomeu nie zdecydował się rozmawiać z Brazylijczykiem, co potwierdzają słowa sfrustrowanej zaistniałą sytuacją agentce piłkarza. „Nie wiem czy Dani pozostanie w Barcelonie. Klub nie kontaktował się z nami. Nie wiem, dlaczego nadal nie nawiązali żadnego kontaktu. Alves chciałby zostać w Barcelonie na kolejny sezon. Barca to Barca, a Dani kocha ten klub, dlatego cały czas tu jest. Od miesiąca w klubie nie ma dyrektora sportowego, a Bartomeu nigdy z nami nie rozmawiał. Nie poznałam go” – powiedziała w jednym z programów radia Cadena SER. „To nie tak, że musimy czekać. Dani ma kontrakt ważny do czerwca i myśli tylko o grze, żeby dać z siebie wszystko i osiągnąć wyniki z Barcą. […] On myśli o tylko o grze, jest profesjonalistą. To klub musi wykonać krok aby zatrzymać Daniego. Jest w Barcelonie od siedmiu lat, jeżeli uważają, że jest czas się skończył, nic nie możemy na to poradzić. Nie wiem czy Luis Enrique jest po jego stronie czy nie” – dodała agentka Alevsa.

Wszystko to potwierdzają doniesienia z prasy, jakoby klub nie widział przyszłości Brazylijczyka w Barcelonie. Innego zdania ma być trener, który liczy na prawego obrońcę i włączył go do długoterminowych planów na kolejny sezon. Enrique pochwalił zawodnika na jednej z konferencji prasowych, w których zaznaczył, że Alves najciężej pracuje na treningach i jest wzorem dla kolegów. W takim razie w czym rzecz? Enrique nie ma zbyt mocnej pozycji w klubie. Bartomeu widzi w nim zagrożenie, bo w razie niepowodzenia na koniec sezonu, brak trofeów odbije się na zarządzie, nie zaś trenerze, do których w ostatnich latach cules zbytnio się nie przywiązują i bardziej ufają osądowi największych gwiazd zespołu, niż intuicji trenera.

Sam zawodnik potwierdza, że Barcelona nadal jest dla niego bardzo ważna i daje z siebie wszystko, aby nie tylko wygrywać, ale i pozostać w klubie. „Wszystko co zostało powiedziane jest w kontekście kończącego się kontraktu. Zdecydowanie jestem wewnątrz Barcy, nie po za nią. Jestem zakochany w klubie i mieście, w tym wszystkim” – wyjaśnił Alves. Potwierdza także brak jakichkolwiek kontaktów z zarządem w sprawie przedłużenia kontraktu lub nawet jednoznacznej decyzji, że ma szukać sobie nowego miejsca pracy.

Cała ta sprawa idealnie zobrazowuje aktualną sytuację w klubie. Jeden wielki chaos, brak zainteresowania zawodnikami, a na dodatek nikt nic nie wie, a dyrektora sportowego jak nie było tak nie ma. Alves zaczął w końcu grać z pomysłem i dawnym błyskiem w oku. Jeżeli utrzyma formę do końca sezonu, tym samym zdobywając choć jedno trofeum, nie będzie powodu, aby pozbywać się Brazylijczyka, tym bardziej, że konkurencja przegrywa w przedbiegach. Klub chce się pozbyć zawodnika, który według nich zarabia zbyt wiele, po ostatniej podwyższce pensji. Przez obowiązujący ban transferowy klub nie może zatrudnić godnego i młodszego następcy, a ewentualni zastępcy nie prezentują wymaganego poziomu. Jak podaje Mundo Deportivo Dani Alves domaga się trzyletniego kontraktu. Zarząd jest przeciwny podpisania tak długiej umowy. Sam zawodnik chyba nie wierzy, że jego żądania dojdą do skutku.

Dwuletnia umowa powinna załatwić sprawę. Alves spokojnie kontynuowałby pracę w drużynie przez kolejny sezon, a gdy Barcelonie skończy się ban transferowy, klub bez żalu sprzedałby piłkarza, zarabiając na tym kilka milionów euro (< 10 mln euro). Taką opcją każda ze stron byłaby zadowolona i właśnie takiego rezultatu powinniśmy się spodziewać w nadchodzących miesiącach. Ostatnia decyzja rządów Bartomeu może mieć poważne konsekwencje w przyszłorocznej kampanii. Przynajmniej tą jedną rzecz może jeszcze naprawić, zanim uda się na emeryturę z dala od Barcelony.