Znaczący epizod

Dzisiejsza Barcelona jest wspaniała i zarazem nędzna, bo obdarta z tytułów. Piękna gra, skuteczny system szkolenia młodzieży w internacie La Masia, bogata historia klubu z plejadą wspaniałych gwiazd, intensywne zainteresowanie w ostatnim czasie wszystkim, co dotyczy klubu z Katalonii – wszystko to sprawia, że Barca nie ma sobie równych na świecie, że to naprawdę jest więcej niż najpotężniejszy klub Hiszpanii. Z wyjątkiem Realu.

Za tą wspaniałą fasadą skrywa się dziś bowiem słabość zarządzania oraz nieudolnych decyzji, niezdolnych na dłużej zapewnić klubowi wielkości potęgi, pod której barwami skrywa się bezgraniczna miłość jej Cules. Pod sklepieniem nieba Barcelony, czcigodne powietrze teatru marzeń na Camp Nou zostało zainfekowane wyjątkowo silnymi toksynami przeniesionymi przez Real i Chelsea. Ze szczególną siłą ujawniły się chęć detronizacji jedynej królowej, obalenie hegemonii i udowodnienie, że nic nie trwa wiecznie. Płyta stadionu dwukrotnie spłynęła potokiem ofiar własnej filozofii oraz systemu, który po prostu się nie mógł sprawdzić. Ulice katalońskich miast stały się widownią zaciekłych walk zwalczających się frakcji klubów, dążących do epatowania porażką jednych, a sukcesem innych. Obficie zroszono serca kibiców żalem, stanowiącym wyzwanie do kolejnej porcji oczekiwań na przyszły sezon. Ten obecny i powoli kończący się, został przez Barcelonę definitywnie zaprzepaszczony.

Nagromadzenie tytułów klubowych, od których pękają gabloty, wbiły w pychę działaczy, trenerów i zawodników, zaczął rozchodzić się fetor zepsucia i pojawiło się zjawisko rozpuszczenia piłkarzy, tłumaczone w jakże zgrabny sposób, zmęczeniem sezonem. Brak kolejnych spektakularnych sukcesów, rozpętał w hiszpańskich mediach histerię wieszczącą rychły koniec dzisiejszej, wielkiej Barcelony. Po upadku w Gran Derby i odpadnięciu z Ligi Mistrzów, tlą się w sercach wiernych i oddanych kibiców jedynie nadzieje na choćby wygranie Copa del Rey. W celu obrony własnej tożsamości Barcelona, dysponująca potężnym arsenałem broni na każdego zwierza, ma jednak “restrykcyjnie zdefiniowany styl gry”, którego po raz kolejny w historii stała się zakładnikiem. Stała się już dawno, osamotniona w propagowaniu stylu, który jednak wszyscy wokół z nią rywalizujący pośrednio lub bezpośrednio, chcieli wykorzystać do własnych celów m.in. do pokonania Katalończyków w otwartym boju. Nie mogli gracze Barcelony więc zbytnio liczyć na pomoc z zewnątrz, musieli ufać tylko sobie patrząc z dumą na galerię sław i osiągnięć. Faktycznie w ostatnich czterech latach Barca przegrywała rzadko, a jeśli już, to natychmiast potrafiła brać srogi rewanż na rywalach.

Barcelona budzi zazdrość miłość i nienawiść. Kocha się ją za piękno futbolu niosącego radość czerpaną z gry, elegancję tak różniącą ją od futbolu z innych zakątków Europy. Boli tym bardziej więc brak poprawności, rozsądku zaprawionego sporych rozmiarów garścią egoizmu – a może lepiej egocentryzmu. Sprzeczność uczuć targa serce i stało się kompanem podróży dla wielu byłych, obecnych i przyszłych kibiców.

Barcelona epoki Guardioli stała się bogata. Astronomicznie i niewyobrażalnie bogata. Były gracz, a obecnie szkoleniowiec wprowadził Azulgrane w inny wymiar, jakby wyznaczając tej planecie zupełnie odmienną orbitę. Jednak od nieziemskiego zwycięstwa na mundialu klubów nad Santosem, Barcelony pęd ku ziemi słabł. W trzech kluczowych meczach właściwie człapała zawieszona w próżni, wciąż wymieniając niezliczoną ilość jednak bezproduktywnych podań. Zagubiona w deszczu asteroid własnego stylu, “jakby straciła swoją tajemnicę, została rozszyfrowana nie tylko przez zespoły z europejskiego topu, ale nawet lokalnych rywali.  Po okresie czterech lat nieustannego wzlotu wraz z końcem sezonu dla Katalończyków nadszedł niespodziewanie szczególnie bolesny czas”. To, czego byliśmy wszyscy świadkami przez te minionych kilka dni stało się wpisem nagrobnym dla najlepszej drużyny świata. Epitafium Barcelony. Cena jaką zapłaciła za dumę i honor jest bolesna. FC Barcelona to fantastyczny klub, lecz nie wygra wszystkich meczów z najlepszymi jak i z najgorszymi. “Dobrze się stało” – napisałem w jednym z ostatnich artykułów. Być może nie dziś, ale już wkrótce, okażą się nadzwyczaj trafne te słowa, gdyż po nieudanych meczach, Barca jeszcze będzie chciała bardziej się zmobilizować do kolejnego sezonu, by w glorii powrócić na należne jej miejsce.

Mówi się i pyta dość często, co można zmienić, aby kolejny sezon taki jak ten jeszcze długo się nie powtórzył. Wydatki celem oszczędności, czy oszczędność wyznacznikiem wydanych trafnie pieniędzy na wzmocnienia lub zmiany personalne? Nie mam zielonego pojęcia, bo nie znam się na zarządzaniu klubem. Władza jaką skupia zarząd sprawia, że to oni są jego panami, chociaż chętnie karmią nas dyrdymałami jakoby trener miał też coś ważniejszego do powiedzenia ponad ich zdanie. Barceloną i jej składem personalnym formalnie przecież zarządza również Mister. O zgrozo!

Jednak ewidentnej władzy Sandro Rosella nie przeciwstawia się już nikt. Odnoszę wrażenie, że ma jej jednak dość nawet sam Guardiola, co stać by się mogło przyczynkiem do tak długiego zwlekania z podpisaniem nowego kontraktu. Ale to tylko spekulacja, lecz jeszcze nie demagogia. W jednym z wywiadów zarzucono kiedyś Rosellowi brak skrupułów i to “że kocha siebie bardziej niż tradycję, a wieczne uznanie bardziej niż stanowisko najważniejszego człowieka w klubie”. Zacytował wtedy dość znamienne słowa, które w owym czasie nie były jeszcze brzękiem przyszłości. Powołał się na słowa Kosmy Starego z 1434 roku, który gdy tylko wrócił z wygnania na które skazali go wrogowie, pozbywał się systematycznie bogatych i wpływowych ludzi, którzy mogliby mu przeszkodzić w urzeczywistnieniu politycznych planów, a na zarzuty o nieprawym dążeniu do władzy, odpowiedział władcom Florencji: Państwem nie rządzi się z różańcem w ręku.

Debata na temat stylu gry Barcelony będzie trwała tak długo jak w Madrycie. Jose Mourinho jakby pogodzony z losem po odpadnięciu (także jego zespołu) po boju o finał Champions League ogłosił, że zostaje na Santaiago Bernabeu na przyszły sezon. Choć i podobnie jak w przypadku Pepa Guardioli rzeczywistość nie wydaje się tak prosta jak kreują ją hiszpańskie media. Wieść gminna niesie ze sobą coś zgoła odmiennego. W tym jednym jedynym przypadku posłużę się cudzym, obszerniejszym fragmentem tekstu redaktora Dariusza Wołowskiego, z jego autorskiego bloga “W polu karnym”.

Oto fragment: “Portugalczyk ma po dziurki w nosie wojny nie tylko z wrogami zewnętrznymi, ale i wewnętrznymi. Odkąd przybył do stolicy Hiszpanii spolaryzował nie tylko rozkochane w futbolu miasto, ale i cały kraj. „Mou” czuje, że jego wyczucie piłki jest z tamtejszym mało kompatybilne. Jeszcze zimą 2008 roku, kiedy został kandydatem na trenera Barcelony, szefowie katalońskiego klubu postawili mu podstawowy warunek, że nie stworzy na Camp Nou kopii Porto, Chelsea, albo Interu. Tego samego zażądano w Madrycie latem 2010 roku, kiedy po zwycięskim finale Champions League na Santiago Bernabeu zmieniał barwy niebiesko-czarne na królewskie”. Koniec cytatu.

Liga powoli mija, a wraz z nią wszelkie rozgrywki pomiędzy oboma wielkimi klubami Hiszpanii. Ich przyszłość przedstawia się bardzo odmiennie. Barcelona i Madryt strząsają z siebie te same krople porażki, ale o jakże różnorodnym ciężarze gatunkowym. Nadejdzie czas refleksji i odpoczynku. Nie brońmy pilkarzom tego, co stanowi część ich pracy zawodowej. Mam na myśli trasy promocyjne, czy działania marketingowe. Nie ustalajmy nawet w najgłębszych swoich myślach składu i broń nas panie Boże, nie spekulujmy na temat kto ma odejść, a kto zostać w składach na przyszły sezon.

Ja nie zamierzam być prorokiem piętnującym szerzącą się nieudolność w sposobie zarządzania i wyborów personalnych. Nie podaję się za Savonarolę futbolu, który pod krzakiem róży ma w zwyczaju wykładać swoja filozofię nowicjuszom, zyskując rozgłos dzięki celnie formułowanym tezom przybierającym postać monumentalnie monotematycznych kazań. Nie jestem dziennikarzem Marki czy Sportu. Za wysokie to dla mnie progi.

Jestem skromnym pasjonatem futbolu piszącym tylko to, na co mam wpływ – na kreowanie rzeczywistości tu i tylko tu.

Widzisz pogrubione słowo i nie wiesz o co chodzi? Dowiedz się o naszym konkursie!