Zrozumieć Guardiolę

Sobotnia porażka w wyjazdowym spotkaniu z Osasuną przelała czarę goryczy. Od początku sezonu Barcelona nie jest tą samą drużyną co jeszcze rok temu. Wiadomo było, że prędzej czy później tego typu porażka wydarzyć się musi. Świat się na tym nie kończy, nie kończy się sezon. Jednego jednak zrozumieć nie mogę, nie potrafię. Chodzi o dziwne decyzje Pepa Guardioli.

Barcelona drugi raz w tym sezonie pojechała na Reyno de Navarra. Poprzedni mecz był w zasadzie spotkaniem o nic, gdyż wiadomo było, kto awansuje do kolejnej rundy Pucharu Króla. Przypominam jednak, że mimo tego Osasuna do przerwy prowadziła na 1:0, skupiając się i tak na kolejnym spotkaniu ligowym, a nie pojedynku z Azulgraną. Barcelona grała istną padakę, przynajmniej w pierwszej części pojedynku. W drugiej w sumie nie było lepiej, ostatecznie udało się wygrać. Tamto spotkanie, jak już wspominałem, było jednak meczem o nic. Sobotnie starcie było już pojedynkiem bardzo ważnym, przewaga Realu była już bowiem tak duża, że Messi i spółka nie mogli pozwolić sobie na stratę punktów.

Nadeszła godzina 19:15, 45 minut przed spotkaniem. Przeczytałem wyjściowy skład Dumy Katalonii na ten pojedynek, przeżegnałem się i poszedłem po butelkę z whisky. Już wtedy wiadomo było, że w przerwie, a może nawet i wcześniej, w szatni Barcelony będzie płacz, zgrzytanie zębów, rzucanie krzesłami i Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Nie pomyliłem się. Na ławce usiedli Xavi, Iniesta i Cesc. Kto w środku pola? Sergi Roberto i Thiago Alcantara. Rozumiem, że ten pierwszy zdobył gola przeciwko Osasunie we wspomnianym wcześniejszym pojedynku. Nie jest to jednak powód, aby młokosa wystawiać na jednej z najważniejszych (o ile nie najważniejszej) pozycji na boisku w meczu na bardzo trudnym terenie i to w dodatku na boisku, które przypomina raczej nieudolnie zorane pole. Thiago jest niby jedną z największych nadziei hiszpańskiej piłki i początek sezonu miał całkiem niezły, ale nie oszukujmy się, do klasy swoich kolegów wiele mu jeszcze brakuje. Ale gramy na wyjeździe, nie u siebie. U siebie można by było wystawić najmocniejszy skład. Na trudnym terenie? Po co? Przecież nie radzimy sobie na wyjazdach i wcale nie musi się to zmieniać…

W składzie (jak zwykle) pojawił się za to Leo Messi. O ile się nie mylę, to Argentyńczyk przez ostatnich 40 oficjalnych spotkań prędzej czy później znajdował się na boisku. Rozumiem, że to najlepszy piłkarz świata. Nawet takiemu od czasu do czasu trzeba jednak dać odpocząć. Oglądaliście lipcowe Copa America? Ja tak, i to bardzo dokładnie. Co robił Messi? To samo co w sobotnim pojedynku z Osasuną. Spuszczał wzrok na futbolówkę i pędził przed siebie. Nieważne, że przed nim było około pięciu rywali. Najważniejsze, ze można pobiec trochę z piłką gdzie popadnie. A że to bez sensu, kto zwracałby na to uwagę? To właśnie było przyczyną niepowodzenia Messiego i całej Argentyny na południowoamerykańskich mistrzostwach. Teraz podobna rzecz zaczyna dziać się w Barcelonie. Może to Leoś potrzebuje odpoczynku?

Mecz z Osasuną Blaugrana rozpoczęła fatalnie. Tak źle, jak nie było od dawna. Piłkarze kompletnie nie wiedzieli po co są na boisku, co mają robić. Jak reagował Mister? Nijak. Po co coś robić? Można czepiać się Mourinho za jego styl bycia. Ale Portugalczyk w życiu nie przyglądałby się w spokoju, jak jego podopieczni partaczą wszystko, co tylko się da. Żaden, ale to żaden umiejący myśleć trener, nie przyglądałby się temu jak jakiś idiota. „Po co coś robić?” – zapytałby pewnie Pep. Zmiany zrobił po przerwie. Zmiany, które były idiotyczne. Kto o zdrowych zmysłach przy wyniku 0:2 wprowadza na boisko Cuenkę i Tello, a więc piłkarzy całkiem niedawno, bądź aktualnie grających na co dzień w rezerwach? Czy oni będą potrafili pociągnąć Barcelonę, wziąć ciężar spotkania na swoje barki i poprowadzić do odrabiania strat? Nie ma na to najmniejszych szans, szczególnie, jeśli za partnerów mają beznadziejnego Messiego i młodych Roberto i Thiago. A kto z boiska schodzi? Puyol, kapitan, serce drużyny. Zostaje za to całkowicie drewniany Pique, który w tym spotkaniu nie potrafiłby celnie podać do kolegi, stojącego 20 centymetrów od niego. Do tego wszystkiego brakowało chyba tylko wprowadzenia za beznadziejnego Valdesa jeszcze bardziej beznadziejnego Pinto.

Nie rozumiem Guardioli, nie rozumiem jego zachowań, nie rozumiem jego decyzji. Nie zrozumiem jeszcze długo. Szczególnie jeśli w najbliższym czasie Mister nie przestanie wydziwiać i nie zacznie myśleć. Od wszystkich piłkarzy Barcelony wymaga się myślenia na boisku. Tym bardziej mam prawo wymagać myślenia od człowieka, który tym zespołem kieruje.

Źródło zdjęcia: interia.pl