Zwalczyć wroga

Trener Barcelony Pep Guardiola mówił przed spotkaniami z odwiecznym rywalem w ćwierćfinale Copa del Rey, że potyczki z Realem są dla jego zespołu zawsze przyjemnością. Innego zdania zapewne pozostaje Jose Mourinho. Ostatnie Gran Derbi w roku 2011 i pierwsze w 2012 pokazały, jak trudna orka czeka Real, ilekroć przyjdzie mu zmierzyć się z Barceloną.

„Mou” pojawił się w stolicy Hiszpanii ponieważ już umiał wygrywać z Barceloną jako trener Interu. Prezes Realu Fiorentino Perez uczynił z niego najlepiej zarabiającego trenera i powierzył zadanie stworzenia z gwiazdozbioru piłkarzy, uniwersalnych żołnierzy wyszkolonych do „zabijania” na boisku geniuszu drużyny Barcelony.

W ligowym klasyku rozegranym w grudniu Mourinho postawił na ofensywę. Przegrał 3:1, ale nie zebrał nadmiernej ilości słów krytyki ani za wynik, ani za styl. Przed 10 grudnia Los Blancos grali znakomicie poprawiając swoje dokonania we wszystkich statystykach zarówno ligowych, jak i tych w Champions League z ubiegłego roku. Wygrali 13 kolejnych meczów w tym 9 w Primera Division, wypracowując 6 pkt przewagi nad Katalończykami. Jak rosyjskie czołgi w bitwie pod Kurskiem, rozjeżdżali wszystkich na Santiago Bernabeu i poza nim. Parafrazując słowa Franciszka Smudy po meczu Polska-Portugalia: Czego chcieć więcej? Tylko zwycięstwa, które miało być celną puentą dla dokonań Królewskich.

Według dość niezwyklej plotki, na 13 godzin przed meczem w samolocie, którym drużyna Barcelony podróżowała na Bernabeu odkryto szczury. Nie było jednak żadnej inwazji i deratyzacja okazała się zbyteczna, pewnie jak sama próba „destrukcji” zespołu Pepa Guardioli. Gran Derbi było niezagrożone.

W grze w piłkę chodzi o gole.

Drużyny prowadzone przez Jose Mourinho wygrały z Barceloną cztery mecze, sześć razy był remis i siedem razy przegrywały. Statystyki są jednak jak spódniczka mini na udach pięknej kobiety: pokazują wiele, ale jeszcze więcej zakrywają. Mimo to głośno krzyczały o tym, że średnio w sezonie 2010/2011 Real oddawał w meczu 19,6 strzału na bramkę, z tego 8,5 celnego, oraz wymieniał 686 podań. Czy miał jednak jakiekolwiek szanse z Barceloną? Bo jak nie wtedy, to kiedy? Ostatecznie tyle się miało zmienić tylko po to, by wszystko zostało po staremu w starym roku. Barcelona znowu ograła Real, choć Królewscy zagrali nawet chwilami bardzo dobrze. Gdyby Ronaldo w stuprocentowej sytuacji wyrównał… Tymczasem zamiast 2:2, za chwilę było 1:3.

Punktem zwrotnym meczu okazał się slalom między obrońcami genialnego Leo Messiego. Z niego w dość ekstremalnych okolicznościach wziął się gol Alexisa Sancheza. „To był cios w morale” – powiedział po meczu tenisista Rafael Nadal, gorący fan Realu. Wtórowała mu inna hiszpańska legenda sportu. „Nie spodziewaliśmy się tej porażki” – to słowa Emilio Butragueno nie piłkarza ale kibica, który po 15 kolejnych zwycięstwach uwierzył, że budowany przez Jose Mourinho Real jest już gotowy na podbój świata. W opozycji do tych wypowiedź znalazł się Pep Guardiola: „Spodziewaliśmy się, że będzie trudniej”. I tylko tyle. Wtedy faktycznie goście panowali na Bernabeu niepodzielnie. „W grze w piłkę nie chodzi o systemy, ale gole” – dodał szkoleniowiec Barcy.

Odruch wymiotny

Szefowie i kibice Królewskich w końcu jednak przyjęli porażkę z godnością, rozumiejąc, że rywal był lepszy, równocześnie doceniając sportową dyspozycję swojego zespołu. Jose Mourinho nie wyciągnął jednak wniosków z faktu, że nie wylano na niego wiadra pomyj. Zamiast powtórzyć taktykę, która pozwoliła na zachowanie twarzy, nowy rok zaczął od radykalnych zmian. W pierwszym spotkaniu w Pucharze Króla postawił na defensywę. „Real będzie naszym największym rywalem w walce o wszystkie trofea” – mówił niezbyt odkrywczo Brazylijczyk Adriano.

W 2012 roku zespół Jose Mourinho miał wciąż wiele do udowodnienia Barcelonie, ale przede wszystkim samym sobie. Po grudniowym starciu coś w zapiekłych relacjach obu klubów zmieniło się na lepsze pomimo, że przez ostatnie 3,5 roku pękające w szwach witryny muzeum Realu Madryt wzbogaciło jedno trofeum – Puchar Króla. Portugalczyk wciąż grał o prestiż wśród trenerów, z okrutną systematycznością tracony na rzecz Guardioli. Real osiągnął wtedy szczyt formy, a jednak w klasykach team Guardioli wciąż był silniejszy. Nowy, obecny rok miał być czasem zdobywania trofeów przez Real, o których decydować miały bezpośrednie mecze obu drużyn.

Nikt w Madrycie nie miał wtedy prawa przeczuwać zbliżającego się nieszczęścia. Barcelona przyjeżdżała na Santiago Bernabeu i nigdy nie udało się jej „odjechać” jako pokonaną. Zaledwie dwa remisy Królewskich oraz zawstydzający bilans bramkowy 6-16! Te kilka liczb pokazuje, jak bardzo fani Realu spragnieni byli zwycięstwa nad Katalończykami. Przeżyli w ostatnich latach jedno, ale na Estadio Mestalla w Walencji.

Po pierwszej połowie w meczu o Puchar Króla Real prowadził, choć grał żałośnie zaliczając zaledwie 31 procent posiadania piłki. W drugiej dostał do siatki dwa gole, a do „klasyki gatunku” przeszło to, co wyprawiał na boisku Portugalczyk Pepe, który najpierw umierał na murawie za każdym razem kiedy został zaledwie przewrócony przez graczy Dumy Katalonii, aby w końcu podkreślając swoją frustrację, „przespacerować” się po dłoni Leo Messiego jak po zgniłym grzybie.

Brutalność Pepe urosła do rangi symbolu bezradności Realu względem Barcelony. To był siódmy kolejny pojedynek obu drużyn na Santiago Bernabeu, w którym gospodarze nie poznali smaku zwycięstwa. W opinii kibiców i dziennikarzy Real zagrał zbyt bojaźliwie, za co ostatecznie spotkała go kara. Zawiedli się ci, którzy wierzyli, że udręczony porażkami Mourinho postawi na odważny Real, a nie na asekuracyjny plan. Gole dla Barcelony zdobyli obrońcy: Carles Puyol i Abidal, dla Francuza była to zaledwie druga bramka w barwach zespołu z Katalonii.

Okrutny fetor pozostawał długo w nozdrzach wszystkich, którzy mieli okazję obejrzeć to spotkanie. Wstyd! Hańba! „Mou”, wynocha z Bernabeu! Takie i tym podobnej treści hasła szerokim echem odbijały się wśród hiszpańskich felietonistów i dziennikarzy. Pewien publicysta napisał: „Pepe nie może kalać już dłużej tej koszulki!” W odmętach mazi krytyki topiono Real i samego Jose Mourinho. Porażka była brzydka, brudna i wywoływała odruch wymiotny, o czym uprzejmie w kwiecistym stylu donosiła hiszpańska prasa.

Jak obrona Cartageny.

Mourinho wykazał się brakiem instynktu samozachowawczego, a jednocześnie zachował się w zgodzie z własnymi pryncypiami. O ile w lidze mógł sobie pozwolić na porażkę bez zbytniego uszczerbku na honorze, o tyle w pucharze, w którym ważny jest nawet najmniejszy punkt, zagrał „obroną Cartageny” (podczas wojny o tzw. ucho Jenkinsa w XVIII wieku naszej ery, Anglicy pod dowództwem Admirała Vernona zaatakowali największy kolonialny fort wszechczasów Castillo de San Felipe de Barajas, gdy ten postanowił sięgnąć po bogactwa najważniejszego portu hiszpańskich kolonii w Nowym Świecie. Mimo braku wyżywienia i broni, obroną oblężonego fortu dowodził w 1741 roku sławny Bask Blas de Lazo – jednooki, jednoręki i jednonogi admirał hiszpański, zwany Mediohombre, czyli Półczłowiek).

Konflikt Mourinho z fanami Realu wybuchł po pucharowej porażce w Gran Derbi, aby następnie stać się jednak tylko tłem dla ligowego zwycięstwa nad Athletic Bilbao 4:1. Drużyna z Bernabeu potrzebowała go jak powietrza. Fani Realu, a także sami piłkarze byli wyraźnie zmęczeni tym, że zamiast myśleć o niemałych atutach własnych, portugalski trener wręcz obsesyjnie starał dostosowywać się do przeciwnika. Przy tym każdy kolejny pomysł taktyczny na pokonanie Barcy okazywał się niewypałem. Jeśli do siatki Ikera Casillasa nie trafiał Messi, to w środku pola królował Iniesta, a gole zdobywali obrońcy. W meczach z innymi rywalami Real radził sobie wręcz znakomicie, co tylko pogłębiało frustrację po i przed kolejnymi klasykami. Dziennik „El Pais” donosił, że część piłkarzy z Ronaldo na czele miało serdecznie dość zakompleksiałej taktyki. Jeśli trzeba przegrywać, to przynajmniej z podniesionym czołem.

Wzburzenie komentatorów wywołały słowa Mou po jednym ze spotkań. Portugalczyk stwierdził, że choć słyszy taktyczne podszepty fanów z Bernabeu, w ogóle nie bierze ich pod uwagę. Do rozczarowanych kibiców i piłkarzy dołączyła też w końcu prasa. Można było przeczytać, że na Bernabeu szkoleniowiec jest co najwyżej „The Special Two”, bo „The Special One” są kibice.

Pięć dni po pierwszym meczu w superpucharze Hiszpanii nadarzała się kolejna, niepowtarzalna okazja, by Real zagrał tak jak żądali jego fani. By awansować do półfinału Copa del Rey Królewscy musieli zdobyć na Camp Nou co najmniej dwie bramki. Chowając się za podwójną gardą i wyczekując na okazję do kontry zwyciężyć 2:0 raczej się nie dało. Podczas wymiany ciosów na którą wszyscy liczyli, gracze Mourinho mieli okazję sprawdzić, co tak naprawdę ich ogranicza: własna niedoskonałość, czy bojaźliwe koncepcje ich trenera.

Mecz prawdy 

To był najlepszy mecz Realu z Barceloną jaki miałem okazję oglądać. Piłkarze Jose Mourinho wcale nie mieli długich twarzy. Zagrali mimo niesprzyjających okoliczności i udowodnili, że stać ich na rozegranie najlepszego, czyli nr.1 od czterech lat spotkania! Real walczył, od początku do końca grając odważnie, ryzykując więcej niż zwykle, nie mając też przecież nic do stracenia po porażce w pierwszym starciu na Santiago Bernabeu.

Mourinho był na życiowym i zawodowym, bardzo ostrym wirażu, ale wyszedł z niego bodaj najdoskonalszym driftem w swojej karierze. Na Camp Nou pokazał odwagę, o którą podejrzewało go niewielu, ale większość oczekiwało  takiego ruchu z utęsknieniem. Przecieki do „Marki” rozgłaszające o rzekomej kłótni z Sergio Ramosem sprawiały, że wściekły trener zaczął poszukiwania „zdradliwego” informatora wewnątrz zespołu, ale nie przeszkodziło mu to w skupieniu się na meczu. Nie wyprowadziły go nawet z równowagi pojawiające  się informacje, jakoby Portugalczyk postanowił nawet uciekać z Madrytu po zakończeniu sezonu, bez względu na wszystko.

Po pierwszym meczu ćwierćfinałowym Guardiola cieszył się zwycięstwem, podczas gdy wszyscy inni w klubie z Katalonii płonęli żądzą rewanżu za niesportowe zachowanie Pepe, wobec najlepszego piłkarza świata. Kataloński szkoleniowiec studził nastroje przed Gran Derbi i apelował: „przyjdźcie, podziwiajcie, dopingujcie”. Na Camp Nou nie miało liczyć się nic poza wielką grą dwóch wspaniałych drużyn. „Przejawy nienawiści na trybunach Camp Nou, będą mnie bolały bardziej niż porażka drużyny” – zapewniał Pep.

Real nie obronił Pucharu Króla i stracił awans do półfinału, ale zyskał powszechne uznanie. „Wyjeżdżamy z Camp Nou z przekonaniem, że byliśmy od nich mocniejsi” – mówił dziennikarzom Alvaro Arbeloa. Dani Alves potwierdził, że rywal z Madrytu dawno nie był grał tak odważnie i nie sprawił jego kolegom tylu kłopotów. „Z każdym meczem pokonanie Realu jest dla nas coraz trudniejsze” – wyznał Guardiola.

Kibice Realu po tym spotkaniu wcale nie będą już tęsknić do ustawienia z trzema defensywnymi pomocnikami, zwłaszcza podczas korespondencyjnych rywalizacji obu zespołów, które „Mou” wymyślił po najgłębszej traumie swojego zawodowego życia: klęsce 0:5 w Katalonii jesienią 2010 roku. A przecież zaledwie siedem miesięcy wcześniej, w tym samym miejscu świętował awans do finału Ligi Mistrzów z Interem Mediolan.